poniedziałek, 8 kwietnia 2013

I wanna watch you bleed- rozdział 22

Rozdział dedykuję mojej Rain którą bardzo kocham.
Dziękuję ci za wszystko skarbie!! :*


Przekręciłam klucz w zamku i odwróciłam się w jego stronę. On także stał w miejscu i patrzył na mnie, wesołym wzrokiem.
Podeszłam do niego i w jednej chwili przywarłam do niego. Objął mnie mocno ramionami i wtulił twarz w moje włosy.
- N-nareszcie jesteś...-szepnęłam i poczułam, że szeroko się uśmiechnął. Wtuliłam się w jego ciepłą klatkę piersiową i przymknęłam oczy.
- Widziałaś mnie przecież wczoraj...- zaśmiał się cicho i delikatnie pocałował mnie w skroń.
- Wiem, ale to i tak za długo...- oderwałam się od niego , a on podał mi kwiaty.
Chwyciłam je i poszłam do kuchni. Wyciągnęłam z szafy wazon i nalałam do niego wody. James poszedł za mną i oparł się o framugę drzwi.
- Pięknie wyglądasz...-usłyszałam jego głos. Odwróciła głowę i specjalnie pokazałam mu bliznę, kreśląc po niej palcem.
- Czyżby?- uśmiechnęłam się i położyłam wazon na parapecie.
Pokręcił głową i z uśmiechem na twarzy podszedł w moją stronę.
Pokazałam mu palcem, że ma usiąść przy stole i tak też zrobił. Wyciągnęłam z lodówki schłodzone wino. Pojebało mnie do reszty. Usiadłam z uśmiechem naprzeciwko niego i zaczęłam męczyć się z otwarciem butelki. Przyglądał mi się z boku z uśmiechem.
- Daj to...- westchnął i wyciągnął rękę. Z ulgą podałam mu ją, a on w jednej chwili ją wykorkował.
Podstawiłam mu kieliszki i nalał do nich wina.
- No to jak było z tą trasą, mów...- zaczęliśmy rozmawiać a nerwy powoli uchodziły ze mnie z każdym jego czułym spojrzeniem.
- No było tak jak ci powiedziałem, Liz...- szybko powiedział. - Odwołaliśmy trasę..
Uśmiechnęłam się i wzięłam łyka trunku. Na dworze już się ściemniało, więc na ścianach padały cienie zachodzącego słońca. Patrzyłam na niego, gdy opowiadał i co raz bardziej zdawałam sobie sprawę z tego że znowu stało się to co kiedyś. To czego niedawno tak żałowałam. Zakochałam się. Na zabój. Zupełnie inaczej niż poprzednio.
- Słuchasz mnie?- spytał nagle i spojrzał na mnie niepewnie.
Ocknęłam się i zamarłam. Boże, zakochałam się. Kurwa.
- Co się stało?- pytał i podniósł brwi.
Zamrugałam parokrotnie i wstałam z miejsca. Podeszłam do zlewu i stanęłam do do niego przodem, opierając się o jego róg. Nie widziałam Jamesa, bo był z tyłu ale czułam na sobie jego spojrzenie.
Mocno zacisnęłam powieki. Tak bardzo nie chciałam przechodzić przez to wszystko jeszcze raz. Przecież obiecałam sobie, że już nigdy więcej sobie tego nie zrobię. Już więcej się nie zakocham. Nagle poczułam jego ciepłe dłonie, na biodrach. Otworzyłam gwałtownie oczy. Obrócił mnie do siebie. Przez okno wpadały promienie zachodzącego słońca. Padały wprost na jego twarz. Spojrzałam na niego, przez łzy. Zmarszczył brwi i przyciągnął mnie do siebie. Stykaliśmy się swoimi ciałami. Jego ręce powędrowały na moje ramiona, a potem na szyję. Objął moją twarz rekami i opuszkiem kciuka przejechał bo bliźnie kilka razy. Przymknęłam powieki i pociągnęłam nosem.
- Nie bój się tego, skarbie...- szepnął , a ja poczułam igiełki jego zimnego oddechu na ustach. - Musisz mi zaufać...spróbuj...
Po chwili złożył czuły pocałunek na moich wargach. Był tak delikatny i oddany w tym co robił. Gdy się oderwał jedną ręką pogładził mi włosy i odgarnął je na plecy.
- Otwórz oczy...- usłyszałam szept.
Posłuchałam go i pierwsze co zobaczyłam to jego zielone tęczówki.
- Wiem, że się boisz...ja też się bałem...ale...jakoś...- zaczął mówić, cały czas głaszcząc opuszkami palców, moje policzki.
- Nie przeżyję drugi raz tego samego i właśnie tego się boję...że mnie zranisz...tak samo jak on...- wreszcie powiedziałam. Jeszcze bardziej zmarszczył brwi i spojrzał na mnie tym spojrzeniem. Wyrażało wszystko. Troskę, smutek, bezpieczeństwo, oddanie...miłość.
- Nigdy w życiu nie zrobię ci tego samego...musisz mi zaufać...postaraj się, maleńka...- szepnął i pocałował mnie w bliznę, najdelikatniej jak tylko umiał. Nie oderwał ust od razu. Składał na niej ciepłe pocałunki. Czułam w głębi serca, że mogę mu zaufać. Że mogę na niego liczyć.
Oparłam się jednym ruchem o jego ramię. Mój nos był kilka centymetrów od jego szyi, więc czułam ten niesamowity zapach.
- Nie zostawiaj mnie tu samej...- udało mi się szepnąć i po chwili poczułam na swoich policzkach gorące łzy.
Mocno przytulił mnie do siebie i zaczął szeptać mi coś do ucha. Jedyne co słyszałam to słowo, które co chwilę wypowiadał. Słowo, które tak bardzo tkwiło w mojej pamięci.
- K-kocham...rozumiesz..? Kocham cię..- jemu tez łamał się głos.
Tak bardzo chciałam je usłyszeć z ust Duffa.A słyszę je z jego ust. Z ust Jamesa. Mężczyzny w którym się zakochałam.
- J-ja..t-też...- powiedziałam te słowa i kompletnie się rozkleiłam. Oddychałam spazmatycznie i czułam jak jego ręce, unoszą się na moich plecach. Przyciskał mnie do siebie mocno i całował w skroń. Czułam się niewiarogodnie bezpiecznie. Tak jakby świat się zatrzymał i był na nim teraz tylko ja i on.
- N-nic ci się nie stanie...już wszystko będzie dobrze...moja maleńka..- szepnął.
Uspokajałam się z każdym jego czułym szeptem. Wiedziałam, że jestem teraz bezpieczna.
- Pojedziemy teraz do mnie, skarbie.. od dzisiaj to też twój dom...- powiedział i odsunął się ode mnie. Poniósł moją głowę do góry i popatrzył w moje oczy. Opuszkami palców starł łzy z policzków i pocałował mnie w bliznę.
Nic nie odpowiedziałam tylko, pokiwałam głową i odeszłam od niego przeczesując sobie włosy. Wyłączyłam wszystkie światła i zamknęłam okno w salonie. Pobiegłam na korytarz. Stał w drzwiach i uśmiechał się do mnie, wyciągając w moją stronę rękę. Chwyciłam ją i splotłam nasze dłonie w uścisku. Podałam mu klucze i zamknął za mną drzwi. Zbiegliśmy po schodach, cały czas się obejmując.Na dworze było dość chłodno, więc jeszcze bardziej się w niego wtuliłam. Wsiedliśmy do jego Maserati Quattroporte i ruszyliśmy z pod budynku. Przez cały czas nie puścił mojej dłoni. Splecione, leżały na moim kolanie. Cały czas patrzyłam na niego z boku. Jadę do niego. Do jego domu. Powiedział, że to też mój dom. Boże.
Jechaliśmy co raz wyżej, w wzgórza. Minęliśmy wszystkie te bogate dzielnice i teraz została ta najbogatsza. Laurel Canyon. Patrzyłam na te wszystkie domy, nie mogąc uwierzyć w to jak bogatym można być. Nigdy mnie to nie kręciło, a wręcz odrzucało ale jednak gdy w końcu James zatrzymał samochód, zdałam sobie sprawę że można być bogatym ale równie dobrze zachować w tym wszystkim...umiar. Otworzyłam drzwi i otworzyłam usta, wlepiając oczy w budynek.





Poczułam, że objął mnie od tyłu opierając podbródek o moje ramię.
- Tam...- wskazał palcem w stronę, znajdującego się po prawej stronie okna, na piętrze.- Moja sypialnia...
Uśmiechnęłam się i jeszcze raz okrążyłam dom , spojrzeniem.
- Jak tu pięknie...- powiedziałam. Pociągnął mnie w stronę furtki i poszliśmy do drzwi. Szybko je otworzył i moim oczom ukazał się duży hol. Jest tu bardzo przytulnie. Ściany mają ciepłe kolory, a palące się na nich lampy oświetlając całe pomieszczenie, przygaszonym światłem. Pomógł mi ściągnąć sweter i odwiesił go na wieszak. Ściągnął buty i pociągnął mnie do salonu.Usiadłam na dużej kanapie i rozejrzałam się. Było tu skromniej, niż mogłoby się wydawać. Domowo, tak jak kiedyś w moim rodzinnym domu...kiedy jeszcze żyli rodzice.
- Jest ci zimno?-spytał, a ja tylko się uśmiechnęłam.
- Chciałabym zobaczyć taras...ten obok twojej sypialni...- powiedziałam cicho, a on odwzajemnił uśmiech. Pociągnął mnie i poszliśmy na górę, schodami. Były tu z siedem drzwi, każda do innego pomieszczenia a teoretycznie zamiast ścian wielkie okna. Otworzył drzwi od swojej sypialni i przepuścił mnie. Starałam się nie patrzeć na ogromne łóżko, stojące w rogu pokoju. Przeszłam przez pomieszczenie i moją uwagę skupiło okno a raczej to co za nim. Otworzyłam szklane drzwi i wyszłam na taras. Ciepłe, letnie, wieczorne powietrze musnęło moje policzki, rozwiewając mi delikatnie włosy.Podeszłam do balustrady i spojrzała w dal. Było stąd widać całą panoramę Los Angeles. Widok aż zapierał dech w piersiach. Nagle poczułam na swoich ramionach coś ciepłego. Odwróciłam się i zobaczyła, stojącego za mną Jamesa który narzucił na mnie swój duży, ciepły sweter.Uśmiechnęła się a on, spojrzał na mnie pytająco i rozszerzył ramiona. Wiedziałam o co chodzi. Szybko do niego podeszłam i wtuliłam się w jego klatkę piersiową, odwracając głowę w bok. Przytulał mnie do siebie mocno, delikatnie nami kołysząc.
- Wiem, że to dla ciebie strasznie szybko...dla mnie też...ale...- zaczął mówić, ale mu przerwałam.
- Shhh...-szepnęłam i przymknęłam oczy. Słowa nie były nam potrzebne. Liczyło się tylko to, że jesteśmy tu teraz. Razem. Odwróciłam głowę, cały czas opierając ją i delikatnie przyłożyłam usta do jego szyi. Drgnął, ale nic nie powiedział. Moja, dłoń dotychczas spoczywająca na jego ramieniu przesunęła się na kark. Opuszkami palców, kreśliłam różne kształty na jego skórze. Powoli obracał głowę w moją stronę.
Moje usta, przybliżyły się do wgłębienia koło szczęki. Przyłożyłam je do nich i delikatnie pocałowałam.Jego ręka, powoli zjeżdżała co raz niżej. Z ramion na łopatki, talię i biodra. Nasze twarze zderzyły się ze sobą. Czułam igiełki naszych ciepłych oddechów na policzkach. Przybliżyłam twarz i delikatnie dotknęłam wargami jego usta. Jego ręce błądziły co raz niżej, wywołując mój dreszcz. Oderwałam się na tyle daleko, że mogłam spojrzeć w jego oczy. Zupełnie rozpalone. Nagle , gwałtownie przywarł do mnie, całując łapczywie.Rozchylił moje wargi i splótł nasze języki, powodując że poczułam ukłucie podniecenia. Oddychaliśmy szybko. Zupełnie napaleni.
- Liz..ja..nie chce robić niczego wbrew twojej woli..-szepnął i oderwał się ode mnie.
- P-przepraszam...- dotknęłam opuszkami palców moich ust.
Widzę po nim, jak trudno było mu się opanować. Jaki wysiłek musiał w to włożyć, by przerwać to co zaczęliśmy. Był tak samo podniecony jak ja.
Oparłam głowę o jego ramię i uspokajałam oddech.
- C-chcę...chcę..po prostu...z-zabierz mnie do łóżka...- szepnęłam mu do ucha. W jednej chwili wziął mnie na ręce i wniósł do sypialni. Położył na łóżku i stanął na de mną i ściągnął swoją koszulkę.Usiadł na rogu i odgarnął mi włosy z twarzy.
-P-postaram się...- szepnął i czekał na moją reakcję. Pociągnęłam go na środek łóżka i usiadłam na nim okrakiem, powodując że cicho jęknął. Włożył ręce pod sweter i gładził moje plecy przez materiał sukienki.
Czule penetrowaliśmy swoje podniebienia, w pełni się sobie oddając. Poczułam, że ściąga mi z ramion sweter, więc wygięłam ręce do tyłu by mu to ułatwić. Po chwili materiał, wylądował na podłodze. Znowu wrócił do moich ust. Czułam, że jestem w ramionach odpowiedniego mężczyzny. Że to właśnie on, nie kto inny. Gładziła rękami jego nagie plecy zjeżdżając co raz bardziej w dół.
Nasze ciała wręcz, przylegały do siebie tak, że czułam jak jego serce mocno bije.
- Sukienka...- udało mi się powiedzieć. Odwróciła się i on szybko odpiął i zamek powodując że ta opadła na moje biodra.Została w takiej pozycji i poczułam, że całuję nie po szyi. Odgarnęłam włosy na lewą stronę i przymknęłam oczy, oddając się przyjemności. Wtedy poczułam także jego dłoń, która wędrowała co raz niżej w stronę mojego podbrzusza. Chwycił materiał sukienki i chciał go ze mnie ściągnąć.
- Poczekaj..-jęknęłam i szybko wstałam. Zastygł w tej samej pozycji i patrzył na moje ruchy. Zsunełam ubranie, pozostając w samej bieliźnie. Zmierzył mnie wzrokiem i uśmiechnął się. W jednej chwili wskoczyłam na łóżko i popchnęłam go, znajdując się na nim. Całowaliśmy się mocno i łapczywie, próbując złapać oddech.Ciche jęki pieściły nasze uszy, przez co jeszcze bardziej się nakręcaliśmy. Nie przerywając pocałunku chwyciłam za klamrę od jego paska i mocno za nią pociągnęłam. Jęknął głośno i pomógł mi ściągnąć swoje spodnie. Teraz gdy on też został tylko w bokserkach, stał się bardziej stanowczy. Mocno mnie do siebie przyciągnął i obrócił, znajdując się na de mną. Całował moją szyję, dekolt i w końcu zatrzymując się na piersiach. Popatrzył na mnie pytająco a ja tylko cicho jęknęłam. Zrozumiał o co mi chodził o i w jednej chwili uścisnął moją pierś, powodując że moje podniecenie dosięgnęło zenitu. Podniosłam się na łokciu i już chciałam go rozpiąć, gdy mnie zatrzymał. Jego delikatne ręce wsunęły się pod moje ciało i zaczęły gładzić moje plecy. W końcu sam, rozpiął mi zapięcie a stanik opadł na bok. Spojrzałam w jego oczy i zobaczyłam w nich zachwyt. Przycisnął mnie do pościeli i zaczął całować mój biust, wywołując moje co raz głośniejsze jęki. Opierał ręce nad moją głową, prawie nie pozwalając mi się ruszyć. Byłam mu całkowicie oddana, a on o tym wiedział.Oderwał się od piersi i zjechał niżej, całując mój brzuch. Jego dłonie natomiast cały czas gładziły je delikatnie. Zatrzymał się na podbrzuszu i poczułam, że pocałował mnie tam delikatnie wyciągając język. Wrócił jednak do ust i znowu wpił się w nie. Oderwałam się od niego i położyła ręce na jego ramionach. Zmieniła pozycje. Znowu był pode mną. Opierał głowę o ramę łóżka i wpatrywał się we mnie i w moje ciało. Włosy opadły mi tak, że zasłaniały piersi. Nachyliłam się nad nim i mocno pocałowałam jego usta. Odgarnął moje włosy i cały czas patrząc w moje oczy sięgnął obiema dłońmi do moich majtek.
Odchyliłam głowę do tyłu i pokiwałam głową. Uniosłam się na kolanach, tak by je zdiął.
Kiedy byłam już bez nich, zdjęłam także jego bieliznę i zostaliśmy kompletnie nadzy.
Zatrzymaliśmy się na chwilę i popatrzyliśmy sobie w oczy. W jednej chwili po prostu wybuchnęliśmy śmiechem. Zarzuciłam włosy na jeden bok i nie zdążyłam nic zrobić, bo James wszedł we mnie szybkim ruchem, by zaraz potem zwolnić. Krzyknęłam głośno i odchyliłam się do tyłu. Poruszał się we mnie szybko, po czym znowu zwalniał by wywoływać moje kolejne krzyki. Miałam wrażenie ze wręcz zna moje ciało i wie gdzie mam najbardziej czule punkty. Jego ręce, znajdujące się na biodrach mocno zaciskały się powodując jeszcze większe napięcie. Patrzył na mnie z dołu i co chwile odgarniał moje włosy, spadające mi na twarz i zasłaniające oczy. Odchyliłam głowę do tylu i pozwoliłam by włosy spadły mi z ramion na plecy. Były długie, wiec co chwile haczyły jego dłonie, na biodrach. Jęczałam co raz głośniej i oparła rękę o ramę łóżka, by moc zbliżyć się do jego twarzy. Nie zaprzestając poprzednich ruchów, splótł nasze języki w namiętnym pocałunku. Włosy po raz kolejny opadły w dół, tworząc" ścianę" oddzielająca nasze twarzy od reszty "rzeczywistosci". Zabrakło mi tchu a James to poczuł, wiec oderwał się ode mnie i szarpnął swoim ciałem, na co ja zareagowałam głosnym, ciepłym krzykiem. Zmienił pozycje. Objął mnie ramionami i usiadł na łóżku, opierając się plecami o ramę. Usiadłam wiec na nim okrakiem, przez co było mi wygodniej. Poruszałam się w dol i w gore, nie mogąc przestać jęczeć. Jego ramiona, przyciskały mnie do siebie mocno, a jego ręce cały czas odgarniały moje włosy. On także głosno oddychał.
- W-wszystko..d-dobrze?- wycharczał i spojrzał na mnie tym swoim czułym wzrokiem. Nic nie odpowiedziałam, tylko przygryzłam wargę, odchylając się do tylu. Chyba mnie nie zrozumiał, bo nagle zwolnił. - N-nie przestawaj..-jęknęłam i oparłam się czołem o jego prawy obojczyk.Ruszył się gwałtownie i wręcz popchnął mnie na plecy. Teraz on był na mnie. Cały czas poruszał się we mnie, a każdy silniejszy ruch sprawiał ze przymykałam oczy z przyjemnosci. Zaczął całować moja twarz zaczynając od czoła, potem pocałował bliznę. Czułam nie wyobrażalne szczęscie. Jestem teraz po prostu szczęsliwa. Robi to sto razy lepiej niż duff. Nie jest w tym agresywny. Jest delikatny i czuły. Robi wszystko tak, jak własnie bym chciała. Jest po prostu niesamowity. Jego cieple wargi musnęły teraz moje usta i zaczął składać na nich delikatne pocałunki. W końcu powoli czułam ze dochodzę i napewno tego nie przedłużę. On tez to poczuł, wiec ruszył się gwałtownie. Nie trwało to długo i w końcu poczułam w sobie ciepły płyn. Opadł na mnie, szybko dyszeć. Zamknęłam oczy i próbowałam zacząć normalnie oddychać. - Nic cie nie boli, wszystko w porządku? - spytał szybko, odgarniając mi włosy z twarzy. Usmiechnęłam się błogo i popatrzyłam w jego rozpalone oczy. - Nikt nigdy nie pytał mi się o to...- musnęłam jego usta i złączyłam nas w pocałunku. Wyszedł ze mnie i usiadł w pozycji siedzącej, ciągnąc mnie do góry. Nasze języki plątały się o siebie, co raz bardziej nakręcając nas na siebie. Przywarłam do jego gorącego ciała i oderwałam się od ust. Czułam na policzku jego bijące serce. Serce, które od teraz bilo także dla mnie.
-Kocham...kocham cie..Liz...- usłyszałam jego szept. Podniosłam głowę i uśmiechnęła się do niego, wyciągając się by, pocałować go w usta.
- Ja też cię kocham James...i dz-dziękuję, za to..że..uratowałeś mi życie..- szepnęłam i opadłam na poduszkę.
Podał mi rękę, a ja chwyciłam ją i pogłaskałam.

                                              




Pierwszy raz, od dawna jestem szczęsliwa.

niedziela, 7 kwietnia 2013

I wanna watch you bleed- rozdział 21

WYBACZCIE BŁĘDY I ZAPRASZAM DO UDZIAŁU W ANKIECIE PO LEWEJ STRONIE
MIŁEGO CZYTANIA MISKI :*





Wyszedłem z zatłoczonego lotniska i wsiadłem w tą samą taksówkę, z której godzinę temu wysiadłem z Liz.
Jestem pojebany. Nie wziąłem od niej ani telefonu, ani chociażby adresu. Wpadłeś, Hetfield.
Naprawdę wpadłeś. Nie mogę zapomnieć widoku jej spokojnej twarzy w tamtej nocy, w busie. Jej oddechu, jej ciepła. Wiem, że chciała wtedy poczuć się bezpiecznie. Chciała poczuć właśnie to ciepło. Ale mam też w głowie Duffa, który chciał ja po prostu zgwałcić. Nie ma szans, właśnie to planował. Co by się stało, gdybym wtedy nie poszedł do tego jebanego kibla? Gdybym go nie powstrzymał? Może stało by się coś gorszego? Chuj, rozciął jej policzek. Gdyby tylko wiedziała, jak się czułem gdy płakała na moich kolanach, wtedy gdy Slash wezwał karetkę, albo gdy lekarz odkażał jej ranę. Boże, jak ona płakała.
Było mi jej tak cholernie żal, bo nie zasługuje na to co ją spotyka. Jest tylko słabą, delikatną dziewczyną zamkniętą w ciele młodej kobiety. Mam wrażenie, że przez to co stało się w jej przeszłości została za szybko wyrwana z tej niewinnej ery dzieciństwa, podobnie jak ja. Właśnie to, tak bardzo nas do siebie zbliża. Przeżyłem prawie dokładnie to samo co ona, wiem co kryje się w jej sercu.
Siedząc w zimnej taksówce i mijając deszczowe ulice Denver, zastanawiałem się nad tym wszystkim. Myślałem o niej, a wręcz nie mogłem przestać zadręczać się tym czy u niej na pewno wszystko dobrze, czy jej samolot na pewno doleci na lotnisko i czy tez myśli o mnie i o naszym pocałunku.
- Proszę pana? Dwadzieścia dolców...- z transu wyrwał mnie głos taksówkarza. Rzuciłem mu szybko pieniądze i wysiadłem z auta, na brudną ulicę. Wszedłem do budynku hotelu i wsiadłem do windy, naciskając na guzik czwarte piętro.
Gdy drzwi się otworzyły, o twarz obiło mi się zimne powietrze i charakterystyczny zapach deszczu. Było ciemno, więc nie pewnie wychyliłem się. Drzwi od windy, zatrzasnęły się na mnie więc szybko odepchnąłem je z powrotem. Wyszedłem na korytarz i poszedłem przed siebie.Albo ktoś tu wietrzył, albo po prostu pocyganili na ogrzewanie. Mój pokój znajdował się na końcu korytarza, więc gdy już prawię do niego dochodziłem poczułem silny zapach dymu papierosowego. Wtedy spojrzałem w bok i na jednym z parapetów siedział McKagan. Wyglądał jak gówno. Naprawdę. Pomimo tego, że było ciemno widziałem jego twarz.
- Co tu robisz?- spytałem, stojąc w takiej samej pozycji. Nie popatrzył na mnie, tylko zaciągnął się papierosem.
Ruszyłem z miejsca i podszedłem do niego, opierając się o parapet tyłem.Sam wyciągnąłem ćmika z kieszeni i zapaliłem go. Milczeliśmy od długiego czasu. Wiedziałem, że chce się odezwać ale po prostu nie ma siły. Ani odwagi.
- Ma...bliznę ciągnącą się od ucha, do opuszka nosa...- powiedziałem, wypuszczając dym z ust. Kątem oka zobaczyłem, że zacisnął oczy.- Wiesz jak bardzo płakała, z bólu?
Stałem do niego bokiem, a zimny wiatr rozwiewał nam włosy od znajdującego się za nami, otwartego okna.
- Serce by ci pękło...- dokończyłem.
- Już dawno go nie mam...- powiedział półgłosem.
Wtedy na niego spojrzałem. Miał łzy w oczach. Naprawdę.
- Lekarz powiedział, że blizna będzie bardzo głęboka...i że gdyby ta struna trafiła kilka centymetrów dalej...nie miała by już oka...- powiedziałem dobitnie.
Wypuścił dym z ust i oparł głowę o okno.
- Tak bardzo...tak bardzo nie chciałem zrobić jej krzywdy...- powiedział i zasłonił sobie twarz dłonią.
- Ale zrobiłeś...- odpowiedziałem, wciąż patrząc w jego stronę.
- Co się ze mną stało? Boże...co się stało?- szeptał, łamiącym się głosem.- Straciłem miłość mojego życia...zrobiłem jej krzywdę, kumple nie odzywają się do mnie i grozą mi wyrzuceniem z zespołu...co jest, do kurwy?
Pociągnął nosem i...i zaczął płakać. Nie mogłem oderwać od niego wzroku i nie miałem pojęcia co mam robić.
- Straciłem wszystko...wszystko...- mówił, głośno oddychając.
Patrzyłem na niego z szeroko otwartymi oczami, próbując zrozumieć jego słowa.
- Jak mogłem, zrobić jej coś takiego? Jak kurwa mogłem? Nie dosyć, że...będzie przeze mnie okaleczona..to jeszcze chciałem...chciałem...- odsłonił na chwilę twarz i zobaczyłem, że jest cała mokra od łez.
- D-Duff...- udało mi się wykrztusić.
- Ja już...nie mam siły...własne życie wyrwało mi się z pod kontroli...
Zapadła cisza, przerywana jego spazmatycznymi oddechami. Pierwszy raz...no może drugi widziałem faceta, który płakał. Mój papieros, trzymał się między moimi dwoma palcami, całkowicie się wypalając..zapomniałem, że w ogóle go palę.
Nie wiem ile trwało nasze milczenie, ale powoli czułem że cierpną mi nogi.
- Po prostu...zaopiekuj się nią, tak jak ja nigdy nie potrafiłem...i nie zrób jej krzywdy...jaką ja jej zrobiłem...nigdy...-szepnął i szybko wstał z parapetu, wymijając mnie, szybkim krokiem.
Odprowadziłem go wzrokiem i zacząłem przetwarzać w myślach, to co wydarzyło się kilka minut temu.
Wszedłem do mojego pokoju i nawet się nie rozbierając położyłem się do łóżka.Tej nocy nie spałem.
Myślałem o tym co powiedział mi Duff i o tym, czy Liz też już leży w łóżku, tak jak ja i czy też czuje na plecach zimno, bo nie ma nas przy sobie.


***
Lizzy:

Leżałam w zimnym i pustym łóżku, płacząc w poduszkę. Nie płacząc, wyjąc. Rana bolała mnie niemiłosiernie, a na dodatek w moim mieszkaniu wciąż na wieszaku wisiała jego dawno zapomniana kurtka jeszcze z czasów Seattle. Próbowałam usunąć z pamięci Duffa, tak by już po prostu się nie zadręczać.
Starałam się myśleć o nim. O Jamesie. O tym co czułam, gdy mnie całował wtedy, na lotnisku.
O tym co czułam, gdy trzymał mnie za rękę w szpitalu.I o tym co czułam, kiedy po prostu...przy mnie był.
Odruchowo odwróciłam się i spojrzałam na ciemną, drugą połowę łóżka myśląc o tym co teraz robi i czy też o mnie myśli. Przestałam płakać i wytarłam łzy w kołdrę. Wtedy po prostu wstałam z łóżka i wyszłam z sypialni. Zegar na ścianie wskazywał drugą w nocy. Wyjęłam z szafy książkę telefoniczną, w której był spis wszystkich większych hoteli na terenie całych stanów.Znalazłam ten hotel, po godzinie szukania. Oczy napierdalały mnie nie bardziej niż blizna. W końcu chwyciłam za telefon i wybrałam numer. Odezwała się kobieta, z recepcji.
- Tak słucham? Recepcja hotelu...
- Czy mogłabyś mnie połączyć z pokojem 405?- przerwałam jej szybko i poczułam, że nie przyjemnie boli mnie brzuch.
- Ale...jest druga w nocy...- zaczęła mówić.
- Nie szkodzi, to bardzo ważna sprawa...- odparłam szybko i wstałam z krzesła, podchodząc do okna i nerwowo skubiąc usta.
- No dobrze...proszę poczekać...- i po chwili usłyszałam dźwięk, wstrzymanej rozmowy. Czekałam dość długo, po czym ponownie usłyszałam jej głos.
- Halo? Ten pan całe szczęście nie śpi...i powiedział, że mam natychmiast łączyć...Boże..ci zakochani...- powiedziała i usłyszałam oczekujący sygnał. Odebrał po jednym sygnale.
- Liz? Co się stało?- powiedział bardzo głośno. Odsunęłam słuchawkę od ucha i skrzywiłam się. Na mojej twarzy zagościł uśmiech.
- Nie krzycz kretynie, nic mi nie jest...- powiedziałam cicho się śmiejąc.
Wypuścił powietrze z ust i chyba usiadł na łóżku.
- Przepraszam...- szybko powiedział i zaśmiał się.
Czekałam aż coś powie, a on oczekiwał tego samego ode mnie. Zapadła wręcz nie zręczna cisza.
- Ee...bo ja..bo...
- Nie mogę spać, Liz...- przerwał mi, mocniejszym tonem.- Nie mogę przestać o tobie...
- Ja też...- przerwałam.- I ja też nie mogę przestać myśleć...o nas..
Wstrzymałam oddech i uśmiechnęłam się pełną gębą, ale szybko tego pożałowałam, bo blizna zakuła mnie mocno.Syknęłam cicho, ale to usłyszał.
- Nie uśmiechaj się, bo szwy ci pójdą...- parsknął śmiechem.
- Ale nie mogę przestać...- wytłumaczyłam i usiadłam na zimnym blacie.
- No to mów coś, żeby przestać...- znowu się zaśmiał.
- Co porabiasz?- rzuciłam i nadal się uśmiechałam, pomijając ból.
- Teraz? Siedzę na łóżku...i rozmawiam z tobą...a ty?- spytał.
- A ja...siedzę w kuchni i jest mi bardzo zimno...- powiedziałam, zgodnie z prawdą o jedną ręką potarłam sobie ramię.
- W moim łóżku jest ciepło...- zauważył a ja poczułam przyjemne ukłucie w brzuchu.
- Tyle, że ty i twoje łóżko jest prawie tysiąc kilometrów od mojej kuchni...więc sam rozumiesz...- powiedziałam ciszej i odwróciłam się by popatrzeć za okno.
Długo milczał,ale czułam że się uśmiecha.
- Ja i moje łóżko?- powtórzył rozbawionym głosem.
- Tak, własnie tak...- odrzekłam i parsknęłam śmiechem.
- Jak się czujesz, Lizzy? - spytał, po krótkim milczeniu.
- Fatalnie, ale cieszę się że żyję...- znowu się uśmiechnęłam i zaczęłam skubać listki kwiata znajdującego się na parapecie.
- Ja też się cieszę...- odpowiedział i znowu się zaśmiał.
- Czekaj , muszę sobie zapalić...- powiedział.
- Nie..nie pal...- szybko zareagowałam.
- Ty też palisz...
- Już nie...od dzisiaj nie...- oskubałam roślinkę z wszystkich liści i wyrzuciłam ją do zlewu.
- No dobra, to ja też...- zaśmiał się.
- Ale obiecujesz?
- Tak, obiecuję...od jutra żadnej fajki...
Znowu się uśmiechnęłam i pogłaskałam się po nodze, obrysowując palcami małego siniaka.
- Przez ciebie, mój bambus nie ma liści...wygląda..co najmniej dziwnie...- zauważyłam.
- To kupię ci nowego bambusa...- parsknął śmiechem.
- Czekaj...muszę go podlać..- szybko wstałam z miejsca i nalałam do szklanki wody z kranu i zaczęłam wlewać ją do małej doniczki.
- Liz?- spytał.
- Hmm?
- Rozmawiałem z nim...
Szklanka delikatnie obsunęła mi się z dłoni i z hałasem stuknęła o metalowy parapet.
Usłyszał to, ale nic nie powiedział. Przełknęłam ślinę i odłożyłam ja na miejsce, siadając w tej samej pozycji.
- I co?- spytałam.
- Dał mi wolną rękę...- czekał na moją reakcję, a ja cały czas myślałam.- Ej, mała..jestes tam?
- T-tak...- szybko odparłam.
- Przepraszam, że zacząłem ten temat...po prostu chciałem ci to powiedzieć...wiesz...
- Nie, James...przemyślałam to wszystko i...już..już po prostu przestaję mnie to interesować...on ma swoje życie a ja swoje...i..i nic więcej się nie liczy...
- Nic więcej się nie liczy...- powtórzył.
- Tak..cała reszta się nie liczy...- podkreśliłam ostatnie słowa. - Weź to gdzieś zapisz..rzadko co mówię coś mądrego...
Parsknął śmiechem i usłyszałam dźwięk włączanej zapalniczki.
- Ej, słyszę że palisz...
- No przecież, nie palę! Tylko się bawię...- obronił się.
Zeszłam z szafki i podeszłam do stołu.
- Czekaj, przełącze cię na drugi telefon ok? Ten w sypialni...- powiedzałam.
- Tam jest cieplej?- zaśmiał się.
-Tak, mogę się przytulić do poduszki...- szybko się rozłączyłam i przełączyłam rozmowę na tamtej telefon.
Położyłam sie do łóżka i opatuliłam się kołdrą, pod sam nos. Chwyciłam telefon i na nowo włączyłam rozmowę.
- Jestem...- szepnęłam.
- Już ci lepiej?- spytał, a ja znowu poczułam to ciepłe uczucie.
- Zdecydowanie...- uśmiechnęłam się błogo.
- Co będziesz jutro robić?- spytał.
- Jutro? Posprzątam tu trochę...i pojadę po rzeczy...- odpowiedziałam i jeszcze bardziej zniżyłam się .
- Nie, zrób to kiedy indziej...miałaś odpoczywać..blizna musi ci się zagoić..- odezwał się.
- Nie pierdol...i tak jestem jeszcze brzydsza niż byłam..mam szramę na pół twarzy, lepiej być nie może...- zaśmiałam się i zamknęłam oczy.
- Nie prawda...jesteś jeszcze piękniejsza...- powiedział cicho.
Nic nie odpowiedziałam, tylko uśmiechnęłam się.
- Dziękuję, to bardzo miło...- udało mi się powiedzieć.
- Liz?
- Hmm?
- Zasypiasz, kochanie...
- Yhym...- już nie miałam siły nic powiedzieć.
- To...ja tu sobie posiedzę...sam...a ty idź spać...- szepnął.
- Nie chce, żebyś...został sam...- powiedziałam ledwo słyszalnie.
- No przecież nie jestem... jesteś te tysiąc kilometrów obok...- odszepnął i po chwili głośno westchnął.
- To bardzo daleko...
- To nie ma znaczenia, jak sobie wyobrazisz że jestem blisko to wtedy wcale tak nie myślisz.
- No to ide sobie wyobrazić, ok?- szepnęłam.
- To ja też idę...to...dobranoc, maleńka...
- Do jutra...i...jak już jesteś obok mnie, to...wyobraź sobie, że teraz całuję cie w policzek...dobranoc..- powiedziałam i rozłączyłam się.

***

Obudziłem się na drugi dzień i pierwsze co, to uśmiechnąłem się szeroko.Zasnąłem zaraz po tym jak się rozłączyła.Śniła mi się całą noc, jak jakiemuś psycholowi. Wykąpałem się i ubrałem, myśląc o tym co teraz robi.Jestem totalnie rozjebany, przez tą dziewczynę. Zupełnie.
- A ty co?- spytał Lars z uśmiechem na twarzy, podając mi kubek z kawą.
- Nic, a co ma być?-uśmiechnąłem się szeroko, wgryzając się w bułkę.
- Latasz jak popierdolony, James...- powiedział z pełnymi ustami Jason.
- No bo jestem popierdolony...- wzruszyłem ramionami i zaśmiałem się.
Spojrzeli po sobie i szybko zamilkli, bo do stołówki wszedł Slash i Axl. Byłem w zajebistym humorze, więc pokiwałem im energicznie i czekałem aż do nas podejdą.
- To..my jedziemy...- odezwał się cicho Slash.
- Naprawdę sory..to nie nasza decyzja..wiesz manager..i tak dalej..-zaczął ściemniać Lars.
- Tak, tak..domyślamy się...w każdym razie jeszcze raz..ee...sory..i no wiecie..dzięki..- jąkał się. Axl nic sie nie odzywał. Stał za Slashem i po prostu na nas patrzył. Zrobiło mi sie głupio, bo to w końcu nie ich wina za to co sie stało.
Kirk szturchnął mnie znacząco w ramię.
- Dobra..wiecie co, w sumie..to możecie zostać...i tak mieliście zagrać te trzy koncerty..zagrajcie ten ostatni i spierdalajcie..-uśmiechnąłem się do nich. Oboje jakby na zawołanie ożywili się i podziękowali, odchodząc od stołu.
- Ej, no przecież sam kazałeś im wypierdalać z trasy..- nachylił sie nad stołem Lars.
- No niby tak...ale byłem wkurwiony na McKagana, nie na nich...więc niech juz zagrają..- wytłumaczyłem i wziąłem łyka kawy.
- I jak się czuje Liz?- spytał nagle Hammet.
- Chyba już lepiej...- odpowiedziałem krótko, chcąc uniknąć tematu.
Wymienił spojrzenie z Jasonem i już więcej nic nie mówił.
- Dobra, jedziemy po te gitary...- wstaliśmy wszyscy razem i wyszliśmy na zewnątrz.

***

Obudził mnie dźwięk dzwoniącego telefonu. Wyciągnęłam głowę z pod poduszki i odebrałam telefon, odgarniając włosy z twarzy.
- T-tak?- szepnęłam, kompletnie zaspana.
- Tak myślałem, że o szesnastej jeszcze będziesz spała...- usłyszałam głos po drugiej stronie. Jego głos.
Wypuściłam powietrze z ust i uśmiechnęłam się pełną gębą.
- Dzień dobry...- powiedziałam, przeciągając się.
On także się zaśmiał.
- Dzwonię, żeby ci powiedzieć że jednak nie będzie trasy...- rzekł uradowany. Podniosłam głowę i skupiłam się na tym co powiedział.- Dziś damy ostatni koncert...
- A-ale..dlaczego?- spytałam zdezorientowana.
- Bo...b-bo muszę się tobą zająć...- rzucił na co ja zareagowałam szerokim uśmiechem.
- Co?- spytałam, nie mogąc opanować śmiechu.
- No tak, bo jesteś tam sama a ja przez telefon ci nie pomogę...- próbował się jakoś obronić.
Usiadłam na łóżku i założyłam na ramiona sweter.
- Poczekaj, przełączę cię na kuchnie...- powiedziałam i rozłączyłam się. Wręcz pobiegłam do kuchni i przywróciłam rozmowę.
- Jesteś James?- spytałam.
- Jestem, jestem..- szybko odpowiedział.- No i rozumiesz, po prostu chciałbym teraz..być..z..
- Ze mną?- wyszczerzyłam się.
- Robisz ze mnie debila..- chyba też się wyszczerzył.
- Wiem, debilu..- wybuchnęłam śmiechem.
Oboje zaczęliśmy się śmiać i wtedy spojrzałam w swoje odbicie w lustrze. Blizna przybrała prawie purpurowy odcień i było ją widać jeszcze bardziej.
- Kurwa...-szepnęłam i podeszłam do lustra, dotykając rany opuszkiem palca.
- Blizna?- spytał ciszej.
- Boże...jak mnie zobaczysz to od razu spierdolisz...wyglądam jak jakaś wiedźma...albo..coś gorszego..-jęknęłam i przejechałam wzdłuż niej palcem.
- Właśnie dlatego chce być teraz z tobą...- powiedział, na co ja sie uśmiechnęłam.- Żebyś przestała tak myśleć...
- Ale taka prawda..-zaczęłam mówić, ale mi przerwał.
- Nie pierdol już i lepiej mnie posłuchaj...dzisiaj o dziewiętnastej mamy samolot do LA...będę tak o dziewiątej...to podasz mi adres?- spytał niepewnie.
- A może mam przyjechać na lotnisko?- spytałam.
- Nie! Żadne lotnisko, masz siedzieć w domu...- szybko zareagował.
- No dobrze...mieszkam w tym wielkim budynku na Westwood, zaraz koło America's Bank..wiesz gdzie?Mieszkanie dwudzieste..
- Tak, kojarzę...to..czekaj na mnie..- powiedział.
- James?- spytałam.
- Tak?
- To zrobię kolację...- powiedziałam ciszej i uśmiechnęłam się sama do siebie.
- No dobrze...- zaśmiał się.- To do zobaczenia..
Usłyszałam i po chwili się rozłączył. Pobiegłam do łazienki i zaczęłam sprzątać. Dosłownie wszystko.Począwszy od korytarza kończywszy na salonie. Nim się obejrzałam, na zegarze była już dwudziesta.
- Kurwa...-jęknęłam, gdy włosy zaplątały mi się w suszarkę. Szybko je rozplątałam i zaczęłam je rozczesywać. Nałożyłam delikatny makijaż, pomijają przy tym bliznę. Starałam się w ogóle na nią nie patrzeć. Ubrałam się w czarną, dość obcisłą sukienkę do kolan.Właściwie nie wiem po co.
Gdy już się ogarnęłam, wbiegłam do kuchni i przełożyłam jedzenie z garnków do misek. Jeszcze raz przygładziłam obrus na stole i usiadłam przy nim, nerwowo skubiąc wargę. On tu przyjedzie, wykończony po podróży a ja odpierdalam jakieś kolacje i przebieram się w jebane sukienki. Jezu, Liz chyba cię pojebało. A co jak on...zupełnie inaczej to widzi? I jedzie tu tylko i wyłącznie dlatego, by mi powiedzieć..
Moje rozmyślenia przerwał dzwonek do drzwi. Zamarłam, nasłuchując. Powoli wstałam i podeszłam do drzwi.Nachyliłam się nad wizjerem i spojrzałam prze niego na klatkę schodową. Pierwsze co zobaczyłam to ogromny bukiet jakiś różowych kwiatów. Już wiedziałam kto to. Wyszczerzyłam się i otworzyłam drzwi. Stał przede mną uśmiechnięty James. Opierał się o framugę i patrzył na mnie wyczekująco.
- Pomyślałem sobie, że skoro to kolacja to wypada kupić kwiaty...- powiedział patrząc na mnie zahipnotyzowanym wzrokiem.
- A ja sobie pomyślałam, że skoro to kolacja to wypada ubrać sukienkę...- powiedziałam i uśmiechnęłam się krzywo, patrząc w dół.
Zmierzył mnie wzrokiem, a ja wyciągnęłam rękę i wciągnęłam go do środka, zamykając za nami drzwi.

wtorek, 2 kwietnia 2013

I wanna watch you bleed- rozdział 20

Lizzy:

Powoli otworzyłam oczy i pierwsze co poczułam, to silna ręka na mojej talii oplatająca mnie mocno. Wiedziałam do kogo należy. Uśmiechnęłam się pod nosem i ponownie przymknęłam powieki. W pokoju było dość chłodno, więc przybliżyłam się jeszcze bliżej do jego ciała. Czułam tak przyjemne i zajebiste ciepło, bijące od niego że chciałam by ta chwila nigdy się nie skończyła.Czułam, jego oddech na szyi. Jezu, co ja właściwie robię? Trzy dni temu rozstałam się z chłopakiem, a już śpię w ramionach innego mężczyzny? Ale czy to źle? To źle, że chce poczuć coś innego niż tylko koszmarne uczucie pustki? Za drzwiami dało się słyszeć rozmowy innych członków Metallici, ale wcale mnie to nie obchodziło.
Odwróciłam głowę i popatrzyłam na Jamesa, który spał jak zabity.
- James...- szepnęłam ,ale nie zareagował.Postanowiłam wstać, nie budząc go. Wyswobodziłam się z jego ramion, wstałam i wyszłam z pokoju wcześniej zamykając drzwi.
- Dzień dobry!- przywitał mnie uśmiechnięty Lars.
Odwzajemniłam uśmiech i ziewnęłam, siadając na kanapie.
- A wy co tak wcześnie?
- Za dwie godziny będziemy już w Denver...- powiedział z pełnymi ustami Kirk.- Wiesz, lepiej się przygotować...
Pokiwałam głową na znak zrozumienia i oparłam się plecami o oparcie kanapy.
- I jak się spało?- spytał i mrugnął do mnie jednym okiem przeżuwając w ustach kawałek tosta.
Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i wzięłam z jego talerza kawałek jego śniadania.
- Bardzo dobrze...- odpowiedziałam, biorąc kęs.
- Pewnie bym cię zabił, za to że wzięłaś mi jedynego tosta z szynką ale James zaraz potem zabiłby mnie, więc tego nie zrobię...więc smacznego..- powiedział, na co ja się zaśmiałam i potargałam go po włosach. Widzę wyraźną różnicę, pomiędzy nimi a gunsami. Nigdy w życiu nie czułam się tak swobodnie, wśród tylu mężczyzn nawet jeśli chodzi o chłopaków z guns. Oni są inni. Nigdy nie rozmawiałam z na przykład Izzym tak jak z Larsem czy Kirkiem.
- Liz, a ty skąd jesteś?- odezwał się nagle Jason.
- Ja? Z Neshville...w Tennessee ale po śmierci rodziców, wyprowadziłam się do Seatlle...- odpowiedziałam i przełknęłam kawałek tosta.
- Hendrix się tam urodził !- zauważył Kirk, nadal pełną buzią.
- Tak, mieszkałam dwie przecznice dalej od domu w którym się wychowywał...- uśmiechnęłam się i zjadłam do końca śniadanie.
- Zajebiście...- rozmarzył się Jason i otworzył puszkę piwa.
Zaczęliśmy rozmawiać gdy nagle kierowca powiedział nam, że za półgodziny będziemy na miejscu.
- Liz, idź obudzić Hetfielda...- powiedział do mnie Lars.Wstałam i powoli podeszłam do drzwi od pokoju. Uchyliłam je i weszłam do pokoju. James, trzymał głowę na mojej poduszce i był do połowy przykryty kołdrą. Podeszłam powoli do niego i uklękłam przed łóżkiem.
- James, obudź się...- szepnęłam. Nachyliłam głowę i delikatnie pocałowałam go w policzek. Zobaczyłam w kącikach ust uśmiech.
- Tak mógłbym się budzić codziennie...- usłyszałam jego stłumiony szept.
Uśmiechnęłam się i oparłam podbródek o jego ramię.
- Za chwile będziemy w Denver...- powiedziałam, wstając. Obrócił się o usiadł na łóżku, przecierając sobie twarz dłońmi.
- Kurwa...jak mi się nie chcę...- jęknął i wstał. Oparłam sie plecami o ścianę i obserwowałam jego ruchy.
Był bez koszulki, a ja chamsko gapiłam się na jego klatkę piersiową, nie mogąc oderwać wzroku.
Podszedł do szafy, która znajdowała się tuż obok mnie. Wyciągnął z niej koszulką z Misfits. Dokładnie taką sama jaką ja miałam na sobie. Stanął na przeciwko mnie i popatrzył najpierw na moją a potem na swoją i uśmiechnął się.
- Mamy nawet takie same ubrania...- powiedział i w jednej chwili przyciągnął mnie do siebie. Oparłam się o jego ciało, a jego ramiona przytuliły mnie do siebie mocno.
- Liz, nie chcę żeby to co stało się między nami tej nocy...nie chcę..nie chcę, żebyśmy o tym zapomnieli..- powiedział.
Jeszcze mocniej wtuliłam twarz w jego pierś i przymknęłam oczy, wdychając jego zapach.
- Ja też nie chcę..ale James..coś się dzieje między nami i boje się tego...- powiedziałam.
- Wiem...-westchnął.- Ja..myślałem o tym i po prostu...chyba trochę przystopujmy , co?
Oderwałam się od niego i uśmiechnęłam się, kiwając głową.
- No i jak, Liz obudziłaś...-nagle drzwi otworzyły się i stanął w nich Kirk. W jednej chwili oderwaliśmy się od siebie. Gitarzysta zamilkł i patrzył to na mnie to na Jamesa.
- Eee...widzę, że tak...no za chwilę będziemy na miejscu...
Powiedział zdezorientowany i odwrócił sie na pięcie. Zderzyłam się spojrzeniem z Hetfieldem i razem wybuchneliśmy śmiechem. Wyszliśmy z pokoju, przepychając się w przejściu.

***
Duff:

- Boli mnie zad...-jęknął Steven i przeciągnął się, kładąc na ziemi torby. Wszyscy stanęliśmy z dala od autokaru, w kółku przed wejściem na stacje benzynową. Żaden autokar jeszcze nie przyjechał, a bardzo chciałem w końcu zobaczyć minę Liz.
- Slash, chodź ze mną kupić piwo...- powiedział do niego Izzy i zostałem tylko z Axlem i Stevenem. Nagle zobaczyliśmy w oddali kolejne dwa autokary. Pierwszy z nich zatrzymał się i wysiadł z niego jeden z technicznych...czyli zaraz wysiądzie ona. Powoli wychodziło z dwudziestu mężczyzn, ale Liz jak nie widać tak nie widać. Reszta chyba zrozumiała kogo tak wyczekuję i sami stali obok mnie, patrząc.
I wtedy otworzyły się drzwi do tego trzeciego busa. Najpierw wysiadł z niego Kirk, rozglądając się zauważył nas i zaczął iść w naszą stronę. Zaraz po nim wyszedł Jason, trzymając na baranach Larsa. Ci również szli w naszą stronę. James długo nie wychodził, więc zacząłem się dziwnie niecierpliwić. W pewnym momencie, zobaczyłem że stanął na ostatnim schodku i wyciągnąl do kogoś w środku rękę. Ta druga osoba chwyciła ją i po chwili z wejścia wyłoniły mi się dwie postacie, trzymające się za rękę. Hetfield i Liz. Zamarłem, mrużąc oczy.
- Co jest, kurwa?- jęknąłem.
- Duff, spokój...- warknął Axl i podszedł do mnie szybko.- Nie rób gnoju...nie tutaj...
- Co ona kurwa z nim robi?- wydusiłem z siebie i patrzyłem na roześmianą dwójkę idącą w naszą stronę. Nie trzymali się już za rękę, ale szli blisko siebie cały czas się przepychając.
- Cześć, skurwysyny !- do Stevena podszedł Kirk, razem z Jasonem i Larsem. Zaczeli rozmawiać, a ja powoli wycofałem się za Axla. Ich dwójka podeszła do reszty, bo Slash i Izzy już wrócili ze sklepu, który znajdował się koło hotelu. Przez moment widziałem na sobie spojrzenie Jamesa. Miał na oczach ciemne okulary, ale i tak je zobaczyłem.
Zobaczyłem też, że objął ją z tyłu. Wzdrygnąłem się i po chamsku podszedłem w ich stronę. Zupełnie ignorując fakt, że Liz właśnie coś mówiła odezwałem się do Slasha.
- Slash, w Denver są zajebiste dupy...dzisiaj idziemy na...- zacząłem mówić, ale usłyszałem jej głos.
- Przepraszam, ale akurat tak się składa że rozmawiam ze Slashem...- powiedziała zimnym tonem. Odwróciłem wzrok w jej stronę, a wokół nas zapadła cisza. Jej oczy nie wyrażały niczego. Totalna pustka. James uśmiechnął się pod nosem i jego palce, zacisnęły się mocniej na jej talii.
- Coś cie śmieszy?- zwróciłem sie w jego stronę.
- Nie, a ciebie?- szybko odpowiedział, jeszcze szerzej się uśmiechając. Lizzy cały czas się na mnie patrzyła. W końcu odwróciła się na pięcie i odeszła on nas, idąc w stronę drzwi do hotelu.
Mierzyliśmy się spojrzeniem, tak natarczywie jak by czas kompletnie się zatrzymał.
- Ej, chłopcy...jesteśmy w pracy, nie zapominajcie, dobrze?- stanął między nami Kirk i odciągnął Jamesa.
Cała Metallica odeszła w stronę budynku.
- Ktoś tu jeeeest zazdrosny..-zaśpiewał Steven i objął ramieniem Slasha. Wszyscy ruszyli na nimi, a ja z Axlem szliśmy na samym końcu.
- Jebany cwaniak, kurwa...- obrażałem pod nosem Jamesa, zaciskając mocno zęby.
- Wyluzuj, Duff...- powiedział cicho Axl i podeszliśmy wszyscy do recepcji. Nigdzie nie było Liz. Kątem oka zobaczyłem, że Hetfield rozgląda sę nerwowo. Szukaj jej cwelu, szukaj...
Załatwiliśmy wszystkie pokoje i udaliśmy się do baru, by w końcu się napić.
Metallica siedziała z nami, a Liz jak nie było tak nie ma. Przede mną siedział James, paląc papierosa za papierosem.
- Ej, Duff...- z transu wyrwał mnie jego głos. Popatrzyłem na niego i oparłem się plecami o oparcie kanapy.
- Co ?
- Gdzie ona jest?- spytał i zdusił papierosa w popielniczce.
- Nie wiem, skąd mam wiedzieć?- powiedziałem i wziąłem kolejnego łyka Jeam'a Beam'a.
Pokiwał głową i odwrócił wzrok. Znowu rozejrzał się po sali. Przyjrzałem mu się bliżej, bo zupełnie nie zwracał na mnie uwagi.Chyba na serio się o nią martwił. Widziałem to po jego oczach. Tylko dlaczego akurat Lizzy? Czemu to właśnie on, musiał ją wybrać? 
- Duff, tak właściwie czemu to robiłeś?- spytał.
Zrozumiałem o co chodzi.
- Nie wiem, może czegoś mi zabrakło? Może po prostu byliśmy sobą zmęczeni?- powiedziałem i wziąłem kolejnego łyka.
Popatrzył na mnie z ukosa i przyjrzał mi się, zaciągając się papierosem.Już nic nie powiedział. Siedzący obok mnie Steven, szturchnął mnie w ramię i pokazał pod stołem woreczek z białym proszkiem w środku.
W jednej chwili razem wstaliśmy i wyszliśmy z sali, idąc w stronę StaffRoom'u, gdzie znajdowały się wszystki sprzęty i instrumenty. Usiedliśmy koło gitar Metallici. Steven wysypał na podłogę proszek i wydzielił go na cztery kreski. Szybo wciągnęliśmy i już po chwili poczułem, że narkotyk zaczyna działać.



***
Lizzy:

Przetarłam oczy od zaschniętych łez i otworzyłam drzwi, wychodzące na korytarz. Usłyszałam okropny hałas dochodzący z Staffroom'u. Przystanęłam przed drzwiami i zamrałam.
- Co ty kurwa robisz?- wrzasnęłam i podbiegłam w stronę Duffa który właśnie uderzał gitarę Jamesa o ścianę, powodując że jej części rozpadały sie po całym pomieszczeniu. Próbowałam wyrwać mu gitarę z rąk, ale bardzo mocno ją trzymał.
- S-spierdalaj...-warknął i z całej siły uderzył gryfem o ścianę. Jedna z zerwanym strun przez przypadek zahaczyła o mój policzek i rozcięła go powodując, że trysnęła z niego krew. Gwałtownie odsunęłam się i chwyciłam się za rwące bólem miejsce.
Nie zatrzymal się ani na chwile, wpadł w jakąś furię. Był wyraźnie naćpany, co jeszcze bardziej nakręcało jego złość i agresje.
- D-duffy...k-kochanie...- leżący na podłodze Steven bełkotał coś pod nosem.
Nagle, nie wiem czy z bólu czy z zwykłej bezsilności zaczęłam płakać. Gorzkie łzy spływały po moich policzkach. Co raz glośniej łkałam. Nagle Duff cisnął resztki gitary o podłogę i podszedł do mnie chwytając mnie za ramiona.
- P-puść..mnie...-udało mi się szepnąć, gdy przyparł mnie do ściany. Jego ręka powędrowała wzdłuż mojej talii i po chwili poczułam, że dotyka dłonią moja pierś, przez materiał stanika. Płakałam, co raz ciszej próbując coś zrobić, ale byłam bez szans. Miał na mnie ochotę. Całym ciałem czułam, że mnie pragnie.
I zrobi to, nie zważając na nic.
- Proszę..proszę...puść...- szeptałam.
Jego usta zmiażdzyły moje wargi, nie pozwalając mi dalej mówić.
Nagle usłyszałam głośne kroki i po chwili zobaczyłam, że ktoś odciąga mężczyzne ode mnie.To był James.
- Jeszcze raz ją kurwa dotkniesz...- syknął i z całej siły uderzył Duffa pięścią w polik. On upadł, od siły ciosu i w tym czasie do pokoju wbiegł Lars, próbując odciągnąć Jamesa. Zaraz po nim Axl i Slash. Rose także podszedł do Jamesa, a slash pomagał Stevenowi wstać.
Duff wstał z ziemi i oddał Jamesowi, z taką samą siłą.
Nie widziałam za dużo, bo klęczałam pod ścianą, mając przymknięte oczy. Ból od rozciętego policzka i po uścisku Duffa był nie do zniesienia.
- Liz, coś ci zrobił? Liz..- Slash ukląkł przede mną i chwycił moja twarz w dłonie. Popatrzył przerażony na mój policzek.- Jezu...musisz jechać do szpitala...to jest tak głębokie..
Wtedy James odwrócił się i zderzył się z moim spojrzeniem. Czas jakby się zatrzymał, przez łzy widziałam jak odchodzi od Duffa i podchodzi do mnie. Ukląkł przede mną i w jednej chwili przyciagnął mnie do siebie. Wręcz upadłam na jego kolana i wybuchnęłam płaczem.
Nic już nie widziałam. Albo wszyscy wyszli, albo jeszcze tam byli. Ból był nie do zniesienia.
- Karetka już jedzie...już, Liz..jesteś bezpieczna...ja tu jestem...- szeptał mi do ucha i przytulał do siebie z całej siły.

***


- Proszę odwrócić głowę...- powiedział cicho lekarz i przyłożył jeszcze jedną gazę do rany. Po raz kolejny syknęłam z bólu i jeszcze mocniej ścisnęłam rękę Jamesa.- Ale miała pani szczęście...jakby ta struna...przesunęła się dwa centymetry dalej, nie miała by już pani oka...
Pociągnęłam nosem i przymknęłam oczy, przez co jedna łza wyleciała mi z oka wprost na ranę.
- O tak, może pani płakać..łzy mają leczące substancję...mogą przyspieszyć gojenie się rany...- powiedział.
Otworzyłam oczy i podążyłam spojrzeniem za lekarzem.- Wezmę tą najdłuższą igłę, na prawdę nie będzie boleć...choć to osiem szwów..
Pokiwałam głową i pozwoliłam, by lekarz znieczulił mi cały naskórek.
- No to co, szyjemy?- mocno zamknęłam oczy i poczułam nie przyjemne uczucie. Mocno ścisnęłam jego dłoń i poczułam, że jego druga ręka, objęła mnie z tyłu.
Lekarz szył mi tą ranę bardzo długo. Czułam okropny ból, a na rękach miałam siniaki od uścisku Duffa.
Gdyby nie James...Boże...koncert jest jutro, a Metallica nie ma sprzętu. Co w połowie, bo Duff rozwalił wszystkie gitary Hetfielda i jedną Kirka.Gunsi zostali wyrzuceni z trasy.Pewnie i tak odwołają ten występ, no bo co zrobią. Gdy James wynosil mnie z tego pomieszczenia, widziałam Axla który stał koło Slasha i patrzył na nas, nie wiedząc co powiedzieć. Było im wstyd, wiem to.
- Pani Gortez?- z myśli wyrwał mnie głos lekarza.- Już po wszystkim...
Odszedł od nas i usiadł na biurkiem.
Popatrzyłam w lustro na ścianie. Blizna przeszywała mi prawie cały policzek, począwszy od nosa aż do ucha.
- Jezu...-jęknęłam i dotknęłam opuszkami palca, zszytej rany.
- Tak, niestety...blizna zostanie do końca życia...no, wiadomo zostaje jeszcze operacja plastyczna...- próbował jakoś rozładować atmosferę.
James wpatrywał się we mnie z boku i kreślił palcem na mojej dłoni , różne kształty.
Podczas gdy on pisał coś na kartkach, oparłam głowę o ramię Jamesa i ciężko westchnęłam.
- Będzie dobrze, Liz...- szepnął.
- Proszę teraz wraca do domu, tak? Żadnych koncertów...Pani Gortez, proszę wracać do Los Angeles i wypocząć...- odezwał się lekarz.
Pokiwałam głową i podniosłam się szybko z łóżka szpitalnego.
- Tu jest jeszcze recepta na takie specjalne leki przeciwbólowe...proszę na siebie uważać..- powiedział jeszcze. Po chwili byliśmy już przed szpitalem.
- To co, na lotnisko?- odezwał się i objął mnie jeszcze mocniej.
Nic nie odpowiedziałam, tylko mocniej sie w niego wtuliłam.Wiedział, że jestem w okropnym stanie więc nie drążył już tematu, tylko zatrzymał taksówkę.


***

- Twoje walizki, wezmę z hotelu i jak wrócimy za te dwa tygodnie...to ci je przywiozę, dobrze?- powiedział i objął moją twarz dłońmi. Pokiwałam głową i spuściłam wzrok.
- Za dwa tygodnie ?
- Tak...no my musimy dokończyć trasę...- powiedział.
Spuściłam wzrok gdy nagle, z głośników rozległ się kobiecy głos, że trzeba juz iść na pokład samolotu.
James spojrzał mi w oczy i w jednej chwili schylił się i pocałował mnie mocno, rozchylając językiem moje wargi.Jęknęłam pod nosem i splotłam dłonie na jego karku, wspinając sie na palcach. Odwzajemniałam pocałunki, z jeszcze mocniejszą siłą. Czułam, że moje uczucia co do niego uległy zmianie, razem z tym pocałunkiem.
Oderwaliśmy się od siebie i w jednej chwili uśmiechnęliśmy się do siebie razem.
- Leć już...- szepnął i jeszcze raz pocałował mnie w usta.
Oderwałam sie od niego, cały czas się uśmiechając. Szłam na odprawę tyłem, cały czas patrząc w jego stronę.
Kiwaliśmy sobie jeszcze długi, ale w końcu musiałam wyjść z odprawy. Przesłałam mu całusa i zniknęłam za zakrętem.
W samolocie cały czas myślałam o nim, o tym co zaszło między nami, o Duffie i o mojej bliźnie która na zawsze pozostanie na mojej twarzy.

poniedziałek, 25 marca 2013

INFO

POSTANOWIŁAM USUNĄĆ BLOGA JUST IMAGINATION PONIEWAŻ ODCZUWAM ŻE I TAK NIKT TEGO NIE CZYTA A JA NIE WIEM CO MAM PISAĆ. MOŻE UJMĘ TO INACZEJ W GŁOWIE MAM NA TO WSZYSTKO PLAN ALE NIE POTRAFIĘ TEGO POSKLEJAĆ TAK ŻEBY TO JAKOS WYGLĄDAŁO. 

PRZEPRASZAM, POWIEDZMY ŻE TEGO DRUGIEGO BLOGA NIGDY NIE BYŁO A JA SIĘ PO PROSTU CHYBA WYPALAM

niedziela, 24 marca 2013

I wanna watch you bleed- rozdział 19

Duff:
- Jesteś po prostu wkurwiony, McKagan...- warknął Axl, patrząc na mnie z naprzeciwka.
Zacisnąłem szczękę i odwróciłem wzrok za okno.
- Przestań się wpierdalać...-powiedziałem i wziąłem łyka piwa z puszki.
- Wyjebałeś swoją własną dziewczynę z autokaru, dziewczynę dzięki której dostaliśmy ten jebany kontrakt i ty mi mówisz, że mam się nie wpierdalać? Co się z tobą kurwa dzieje?- pokręcił z niedowierzaniem głową. Już nic nie odpowiedziałem. Sam nie wiem co się ze mną dzieje. Straciłem kontrolę nad swoim jebanym życiem. Już nawet nie wiem kim jestem. Straciłem ją. Jeszcze kilka tygodni temu zrobił bym dla niej wszystko. A teraz? Co się z tobą dzieje, Duff?
- Dobra...dajcie mu spokój, po prostu nie rozumiem dlaczego to ja musiałem jej to powiedzieć..od powstrzymywania płaczu myślałem że jej szczęka pęknie, tak ją kurwa zaciskała..- odezwał się Slash, siedzący obok mnie.
- Już kurwa nie mówiąc o Metallice...- powiedział Izzy z drugiego końca autobusu.
- Dobra o nich już nie mówmy, bo napierdala mnie bania...- jęknął Steven, opadając na kanapę.
- Chodzi o to żebyś nie mieszał swoich prywatnych spraw z zespołem, okej?- powiedział Axl i szturchnął mnie w nogę.
Odwróciłem głowę w jego stronę i oparłem ją o róg kanapy.
- Był u niej Hetfield...- powiedziałem cicho. Popatrzyli po sobie i spuścili wzrok. Dosłownie wszyscy oprócz Stevena.
- No wiesz, za dużo to ja z wczoraj nie pamiętam ale chyba tylko z nim wczoraj gadała...- powiedział i popatrzył na Axla.
- Cały wieczór jej nie było, wyszła z nim z hotelu..- odezwał się Stradlin.- Poszli do CBGB...
Popatrzyłem na niego, nie za bardzo wiedząc co powiedzieć.
- Przecież to jest kurwa zamknięte...
- No nie, Tyler wykupił to w zeszłym roku...
- Czyli..że..- zawahałem się.- Spotkała go tam?
- Tak, siedzi tam cały czas..a James napewno go jej przedstawił..-odpowiedział spokojnie.
Wypuściłem powietrze z ust i spojrzałem pytająco na Axla, który patrzył na Slasha znaczącym wzrokiem.
- Hetfield rozstał się z tą całą Stephanie...więc..pewnie wpadła mu w oko...- odezwał się Steven.
Przegryzłem wargę i poczułem, że co raz mocniej zaciskam dłoń na puszce.
- Straciła przytomność...-odezwał się Slash.- Jakbyś widział..jak ją trzymał..kurwa..- powiedział Slash, rozkładając nogi.
- Wtedy jeszcze...-zawahałem się.
- No jeszcze byliście razem..
- Ale dlaczego zemdlała? Co się stało?
- No nic nie żre to co się dziwisz?- powiedział Steven. Slash beknął głośno i rzucił puszkę o podłogę busa.
- No dobra, ale co z tym trzymaniem? Czemu ją w ogóle kurwa trzymał?
- Bez urazy, McKagan ale chyba mało cie to powinno obchodzić...zdradzałeś ją, to chyba miała prawo kopsnąć się na boku z Hetfieldem..
- Nie pierdol, nie zdradziła by go nigdy..i James też nigdy by tego zrobił...-w końcu powiedział coś Axl.
Zapadła cisza.
- No dobra powiedzcie na głos , że jestem chujem bo ją zdradzałem na pewno zrobi mi się sympatyczniej...- powiedziałem, ale nikt się już nie odezwał.

James :


- James, misiaku...- na kanapę jebnął się Lars, kładąc nogi na uda Kirka siedzącego na przeciwko.- Co jest?
- Nic, piszę...-odpowiedziałem w skupieniu.
- A co ?- zajrzał mi przez ramię i przeczytał na głos kawałek tekstu. Popatrzyłem na niego z boku i zobaczyłem, że się uśmiecha.
- O kim to?
- Ale co o kim ?
- Ten tekst...uratowałaś mnie od tych złych wspomnień?- zacytował fragment i spojrzał na Kirka znacząco.
- Weź spierdalaj...miałem pisać o gównach to pisze...
- Aaa..ta Liz..to..fajna jest?- spytał, śmiejąc się pod nosem.
Odwróciłem się w jego stronę.
- O co ci kurwa chodzi?
- No o..nic..o nic..-powiedział i otworzył puszkę z piwem. Zapadła cisza przerywana głośną muzyką dochodzącą z kabiny kierowcy.
- Pojebani są ci gunsi..- z kibla wyszedł Jason, zapinając rozporek.
- Wiemy nie od dzisiaj..-odezwał się Kirk.
- Tą biedną dziewczynę wyjebali..z tymi niewyżytymi pedałami..jeszcze jej tam coś zrobią..- powiedział i położył się na kanapie.
- Jaką dziewczynę?- odłożyłem notes na kanapę i popatrzyłem na niego pytająco.
- No..tą Liz..McKagan ją wypierdolił z autobusu..- powiedział.
- Co kurwa?
- No..no tak..- powiedział zdezorientowany.- Ale..ale co?
- Bo James się zakochał..-powiedział stłumionym głosem Kirk, znad gazety.
- Kirk, przestań...po prostu ją lubię, tak?- jęknąłem.- Siedzi w busie dla technicznych?
- Tak, od początku drogi...- powiedział Jason i założył na nos okulary. Szybko wstałem i podszedłem do kabiny kierowcy.
- Brian, zatrzymaj autobus i powiedz przez radio..że ten drugi ma się zatrzymać..- powiedziałem. Popatrzył na mnie jak na debila, ale wziął do ręki jakieś jebane łoki-toki i powiedział przez nie, że mają się zatrzymać..
- James..co ty..
- Nie pierdolcie i posprzątajcie tu trochę..i otwórz okno, Kirk..- nie czekając na ich reakcję poczekałem aż kierowca otworzy mi drzwi. Wyszedłem na gorącą, nocną pustynię.


Liz:

- Co jest, czemu się zatrzymaliśmy?- spytałam nie pewnie, siedzącego koło mnie technicznego.
Wyjrzał przez okno, ale było zbyt ciemno by cokolwiek zobaczyć. Nagle drzwi rozsunęły się i usłyszałam kroki, na schodkach. Nagle moim oczom ukazał się James. Gdy tylko mnie zobaczył wstrzymał oddech i uśmiechnął się pełną gębą. Nie wiedziałam co powiedzieć, więc tylko siedziałam i gapiłam się na niego.
- Zbieraj się, Liz..nie będziesz tu siedzieć...-powiedział i położył ręce na biodra.
- C-co?- udało mi się jęknąć.
- No serio...chodź do mnie..znaczy do nas..- powiedział, cały czas się uśmiechając. Nawet nie zrozumiałam co do mnie powiedział, ale szybko wstałam chwyciłam swoją torbę i podeszłam do niego. Nie ruszył się i popatrzył na mnie, gdy stanęłam bardzo blisko niego.
- Spałaś?- spytał.
- T-tak wyszło..- zaśmiałam się i potarłam jedną pięścią oczy. Odwrócił się i pokazał mi ręką wyjście. Szybko wyszłam z autokaru i nawet się nie odwróciłam. Wyszliśmy na ciemną , asfaltową drogę na samym środku pustyni.
Trzy autokary stały obok siebie i czekały aż łaskawie wejdziemy do ostatniego z nich.
- Czekaj, Liz..muszę się odlać..- powiedział nagle.Wybuchnęłam śmiechem i odwróciłam się, by nie patrzeć.
Trochę mu to zajęło, ale w końcu staliśmy pod ich autokarem.
- James...ale..ja nie chcę..-zaczęłam się jąkać, ale pociągnął mnie za rękę i gdy staliśmy już w środku nie puścił jej.Schował nasze dłonie, za moją torbę tak że nikt ich nie zobaczył. Byłam trochę onieśmielona, więc dodawało mi to otuchy..ale..jednak..było to zupełnie dziwne.
- No, więc Liz zostanie z nami do końca podróży..- oznajmił. Wszyscy się do mnie uśmiechali, więc trochę się rozluźniłam. Po chwili autokar ruszył, więc usiadłam na kanapie. Bardzo blisko Jamesa, tak że nasze nogi stykały się ze sobą. Obok mnie usiadł także Lars, który podał mi butelkę piwa. Nikt nie zadawał żadnych pytań. Rozmawiało mi się z nimi zupełnie inaczej niż z gunsami. Oni byli inni. Nie do końca mogę wytłumaczyć w jaki sposób. Wszyscy byli już lekko wcięci, więc rozmowy kleiły się jak nigdy. Rozmawiałam z Larsem, a siedzący obok mnie Hetfield cały czas nam się przysłuchiwał, patrząc na moją twarz. Gdy oni zajęli się swoją rozmową, odwróciłam się do niego i podparłam się łokciem o jego udo.
- Dziękuję...- szepnęłam.
Uśmiechnął się i pierwszy raz, posunął się dalej. Podniósł rękę i opuszkami palców delikatnie dotknął mojego policzka. Mimowolnie przymknęłam oczy i przez tą chwilę znowu poczułam się bezpiecznie. Miałam ogromną ochotę oprzeć się o jego ciało. Poczuć to ciepło. Którego tak potrzebowałam. Nagle ocknęłam się i gwałtownie otworzyła oczy. Zderzyłam się z jego magnetyzującym spojrzeniem. Szybko wziął rękę i popatrzył na mnie pytająco.
- P-prze...przepraszam...- szybko wstałam i weszłam do toalety zamykając za sobą drzwi. Usiadłam na klapie i podparłam głowę o dłonie.
- Boże..Boże...- mówiłam do siebie.Z całej siły próbowałam usunąć to uczucie z siebie. Nie mogę znowu tego zrobić. Dać się ponieść emocjom. Podniosłam się i przemyłam twarz wodą.

James:

Patrzyłem na drzwi w których zniknęła i odchyliłem głowę do tyłu. Uderzyłem nią parę razy o oparcie kanapy i nagle siedzący naprzeciwko mnie Kirk wstał z miejsca i usiadł na miejsce Liz.
- James...widzę co się dzieje...- powiedział i popatrzył na mnie przenikliwym wzrokiem.
Nic nie odpowiedziałem, bo pewnie nawet jakbym to zrobił nie było by to zgodne z prawdą. Popatrzyłem tylko na niego i oparłem głowę o kanapę, zamykając oczy.
- Nie rób niczego wbrew jej woli...ten cały McKagan ją zranił..i to bardzo po niej widać..czas, James..wystarczy czas..- nie zdążyłem odpowiedzieć, bo drzwi od kibla otworzyły się i stanęła w nich ona.
Niepewnie uśmiechnęła się do mnie i podeszła.
- Ja..ja chciałabym iść spać...ale..nie wiem gdzie macie tu sypialnie..- powiedziała, patrząc na mnie pytająco.
- Ej, własnie jak śpimy? - spytał nagle Kirk.- Są dwie sypialnie..w jednej trzy łóżka a w drugiej..ee..dwa..
Spojrzał na nią znacząco.
- No to..Liz..nie będziesz spała z dwójka napalonych debili...czujesz się najlepiej z Jamesem, więc bierz tą dwójkę..- powiedział nagle Lars, uśmiechając się do niej. Myślałem że zabiję gnoja.
Podniosłem wzrok i popatrzyłem na nią niepewnie.
- No..no dobra..- uśmiechnęła się do mnie.- To..pokażesz mi gdzie ta..sypialnia?
Szybko wstałem i pociągnąłem ją za rękę. Gdy się odwróciłem, zobaczyłem, że Kirk mówi coś Larsowi. Dupek. Kochany, ale dupek.
Weszliśmy na mały, ciemny korytarzyk. Podszedłem do ostatnich drzwi i przekręciłem klucz w zamku. Otworzyłem je przed nią i popatrzyłem z boku, na jej twarz.
- Poradzisz sobie?- szepnąłem.
Podążyłem za jej wzrokiem i zobaczyłem, na małe dwuosobowe łóżko. Nie ma szans, bym spał na jakiejś podłodze czy coś.
- Liz..wiesz, że mogę spać tam..-zacząłem mówić.
- Nie..no..co ty, to raczej ja powinnam..jakoś sobie poradzimy...- uśmiechnęła się do mnie uroczo.
- No to..ty idź spać, a ja jeszcze posiedzę...postaram się potem cię nie obudzić...- delikatnie pogłaskałem ją ręką po ramieniu i odszedłem zostawiając ją samą.
Wróciłem do saloniku i usiadłem na swoje byłe miejsce.
- Bądźcie ciszej...ona tam zasypia..- powiedziałem ciszej i wziąłem kolejne piwo.
- Stary..sory..wiesz za bardzo nie ogarnąłem, że się rozstała z Duffem..- tłumaczył się Lars.
- Nie..spoko..- uśmiechnąłem się
Każdy wrócił do swojej rozmowy. Siedziałem, zamyślony patrząc w sufit. Co się ze mną dzieje? Znam ją dwa dni...dwa jebane dni. Mam wrażenie, jakby to właśnie ona była całym sensem tej trasy.
Ale co ja mogę zrobić? Została zraniona, ja z resztą też. Ten jebany McKagan. Dlaczego to robił? Przecież ona jest niesamowita...
- I co zamierzasz z tym zrobić?- odezwał się do mnie Kirk.
- C-co?
- Ej..jestem głupi, ale widzę jak ludzie do siebie ciągną..- powiedział.
Popatrzyłem na niego.
- Jest między wami chemia...i sam to przyznasz...Axl mówił to samo...James, spójrz..jesteście tak samo zranieni, macie trudną właściwie taką samą przeszłość..więc nie mów mi , że ty ją po prostu lubisz.
- Kirk, ja ją znam dwa dni..-jęknąłem.- Dwa..dni..
Zamilkł na chwilę.
- Czy dla ciebie to jest przeszkoda?- spytał. No pewnie, że to nie jest przeszkoda. Jak bym mógł, już dawno bym jej to powiedział.
- Nie wiem..- skłamałem i wbiłem wzrok z puszkę.
Już nic nie odpowiedział.
- Dobra, idę spać...- powiedział i wstał.
- Lars...idziemy też?- spytał znudzony Jason, drapiąc się po włosach.
- N-no..
- To nara, Hetfield...do jutra...pilnuj się !- zaśmiał się Jason i obaj wstali, zostawiając mnie samego.
Po chamsku zgasili mi światło.
- Dz-dzięki, pedały..- powiedziałem ironicznie i usłyszałem ich stłumione śmiechy.
Oparłem głowę o kanapę i wkrótce rozmowy zza ściany ucichły. Dało się słyszeć, jak autobus szura kołami po asfalcie uspokajając mnie.
Nagle usłyszałem kroki i otworzyłem oczy. Pomimo tego, że było ciemno przez szyby wpadało światło księżyca więc trochę widziałem. W rogu pomieszczenia stała Liz, obejmując ramiona dłońmi.
- Nie mogę zasnąć...-szepnęła i podeszła do mnie, uderzając stopami o zimną podłogę.
- No to siadaj...
Miała na sobie za dużą koszulkę z Misfits i krótkie spodenki, usiadła więc obok mnie i podkurczyła nogi pod szyję, obejmując je rekami. Było ciemno, ale widziałem jej twarz. Na ramiona opadały jej długie, brązowe włosy.
- Dlaczego nie możesz spać?- spytałem.
- Nie wiem..z emocji..czy coś..- powiedziała i popatrzyła na mnie z boku.
Zapadła cisza, która była dziwnie przyjemna dla uszu.
Oparła łokieć na oparciu kanapy i ręką przeczesała sobie włosy.
- To co robimy?- spytałem, biorąc łyka piwa. Popatrzyła na puszkę i potem na mnie.
Podsunąłem ją jej pod nos, szybko wzięła ją i dała łyka.
Oddała puszkę i oparła podbródek o ramię, patrząc przez okno.
- Chyba masz rację...
- Ale z czym?- spytałem, patrząc na nią z boku.
- No z tym odizolowaniem się od nich...wrócę do swojego mieszkania...i wszystko..wszystko będzie dobrze...- szepnęła.
Uśmiechnąłem się do niej i wziąłem kolejnego łyka.
- No i dobrze, Lizzy...- puściłem jej oczko i zgniotłem puszkę i w dłoni i rzuciłem ją na przeciwną kanapę.
Na chwilę zamilkła i po chwili ziewnęła.
- Jemy coś?
- No właśnie, kurwa..też jestem głodny..- popatrzyłem na nią i szybko wstałem, podając jej rękę.
Bez słowa chwyciła ją i poszliśmy w kierunku małej kuchni.
Usiadła na malutkim blacie i podążała za mną wzrokiem. Nachyliłem się nad lodówką i odwróciłem się do niej, pytająco.
- Jabłko...- powiedziała i mrugnęła do mnie. Westchnąłem i wyciągnąłem z niej dwa , duże owoce.
Podszedłem do niej usiadłem obok, tak blisko, że nasze kolana stykały się ze sobą.
Wgryzła się w swoje jabłko i uśmiechnęła się.
- C-co?- popatrzyłem w jej stronę, trzymając w zębach owoc. Oparła delikatnie głowę o moje ramię i znowu zaczęła jeść.
- Nic, fajnie że tu jestem..a nie tam..- powiedziała. Poczułem dziwne uczucie, ale szybko przypomniałem sobie co powiedział Hammet. Trzeba dać temu czas. Chyba wyczuła, że nie odwzajemniłem jej gestu i szybko podniosła się. Spuściła głowę, a jej twarz zakryły włosy.
Przestaliśmy rozmawiać. I ona i ja nie wiedzieliśmy co mamy powiedzieć. Chyba pierwszy raz między nami, zapadła nie zręczna cisza.
- Po prostu...-nagle odezwała się słabym głosem.- Po prostu, choć raz...chce poczuć...chce poczuć to ciepło, od drugiego człowieka...
Nie odrywałem od niej wzroku i chodź wyraźnie nie widziałem jej twarzy, wiem że miała łzy w oczach.
- Nie mam nikogo, James...ani rodziców, ani przyjaciół, ani..ani jego...- głos jej się załamał i jedną dłonią zasłoniła sobie oczy. Przełknąłem jabłko i wyrzuciłem resztę do zlewu, za mną. Zszedłem z blatu i w jednej chwili rozsunąłem jej nogi i z całej siły objąłem ją rekami. Gdy tylko ja dotknąłem drgnęła, więc żeby ją uspokoić, szepnąłem jej do ucha..
- Spokojnie, nic ci nie zrobię..tylko cię przytulę...już dobrze..
Nic już nie odpowiedziała, tylko wybuchnęła cichym płaczem. Nie mogłem nic zrobić, bo wiem że żadne słowa by tutaj nie pomogły. Musi się wypłakać, wyrzucić z siebie wszystkie złe emocje. Nie bardzo wiedziałem co mam robić. Żadna kobieta nigdy nie płakała tak mocno, na moim ramieniu. Z Stephanie było inaczej. Była inna niż Liz. Ona jest delikatna..taka wrażliwa.
- Już będzie dobrze...- powiedziałem pewnie. Podniosła wzrok i prawie wmurowało mnie w ziemię. Jej oczy. Światło padało wprost na nie, więc teraz były zupełnie brązowe. Najpiękniejsze oczy, jakie widziałem w życiu.
Dzieliły mnie sekundy od tego, by..by..by ją..
- Muszę iść spać, po prostu zasnąć...już za dużo myślę..- wręcz oderwała się ode mnie i zeszła blatu.
Zatrzymała się przy wyjściu z kuchni, trzymając dłonie przy twarzy.
- Idziesz też? - odwróciła się i nagle, ku mojemu zdziwieniu słabo się uśmiechnęła. Głęboko westchnąłem i poszedłem za nią, gdy przechodziliśmy koło kibla zatrzymała się i powiedziała
- Idę jeszcze na chwilę..się..ogarnąć...zaraz przyjdę..
Pokiwałem głową i odszedłem w stronę sypialni. Panował tu zupełny mrok. Podszedłem do łóżka i ściągnąłem koszulkę, rzucając ją w kąt. Położyłem się pod ścianą i przykryłem kołdrą do pasa. Kurwa, co mam robić jak tu przyjdzie? Jak mam się zachować? Czułem dziwne uczucie. Które nie do końca było mi znane, coś jak motylki w brzuchu nastolatka.Podparłem głowę o ramię i wpatrywałem się nerwowo w drzwi.
Nagle otworzyły się, a ja wytężyłem wzrok by móc ją zobaczyć. Stanęła w przejściu i oparła się o framugę.
- Zgasić światła ?- szepnęła. Przetworzyłem jej słowa w głowie i gwałtownie pokiwałem głową. Na chwilę wyszła i wszędzie zapanował mrok. Usłyszałem, że zamyka drzwi. Usiadła na rogu łóżka i powoli podniosła ręce. Przeczesała palcami włosy i odwróciła się. Jedną ręką odsunęła kołdrę i wsunęła się pod nią. Nie ruszyłem, się ani na chwilę obserwując ją z boku.
Była zupełnie ode mnie odwrócona, a nasze ciała w ogóle się nie stykały. Tkwiłem wciąż w tej samej pozycji, więc powoli czułem że moja szyja drętwieje. Westchnąłem i odwróciłem głowę na wprost. Obraziła się? Jest zła? Biłem się z myślami, bojąc się odezwać. Zachowujesz się jak dzieciak, Hetfield.
- James?- jej szept. Wstrzymałem oddech i gwałtownie na nią popatrzyłem.- Mogę się do ciebie przybliżyć?
Cały czas była odwrócona więc, nie mogłem zobaczyć jej twarzy.
- T-tak..- udało mi się powiedzieć.
W jednej chwili przesunęła się do mnie. Bardzo blisko. Jej plecy dotykały mojego ramienia, powodując przyjemne ciepło.Podniosłem rękę, tak że teraz leżała nad jej głową. Przysunęła się jeszcze bliżej.
Położyła głowę na moim ramieniu. Jej włosy były wszędzie, przyjemnie łaskocząc mnie po twarzy i szyi.
Wszędzie była cisza, niesamowita cisza przerywana naszymi oddechami. W pewnym momencie, poczułem że obraca głowę w moją stronę. Jej oddech, sprawił że poczułem ciarki. Na całym ciele.
Przybliżała się. Co centymetr. Nagle jej usta musnęły delikatnie moją żuchwę. Potem policzek. Były ciepłe, miękkie...i takie słodkie. Ucałowała kącik moich ust i wtedy odwróciłem głowę, zupełnie w jej stronę i przymknąłem oczy. Musnęła moje usta i złączyła nasze wargi w delikatnym pocałunku.


Liz:

Odsunęłam się, ale nasze twarze nadal były kilka centymetrów od siebie. Przymknęłam oczy i po prostu odwróciłam głowę, przykładając ją z powrotem do poduszki. W pewnym momencie, poczułam jego rękę na mojej talii. Przyciągnął mnie mocno do siebie, tak że czułam jego ciepły oddech na szyi. Moje włosy były wszędzie, a on po prostu wtulił w nie twarz. Jego dłoń, opadała na kołdrę więc opuszkami palców dotknęłam jej i splotłam delikatnie nasze palce. Pierwszy raz, od nie pamiętam kiedy czułam się bezpiecznie.

poniedziałek, 18 marca 2013

I wanna watch you bleed- rozdział 18




Lizzy:

Patrzył na mnie, przeszywającym wzrokiem. Czułam go wszędzie, wręcz przebijał mi serce. Przełknęłam ślinę i próbowałam skoncentrować wzrok na czymkolwiek tylko nie na nim.
- K-koniec?- powiedział, prawie nie słyszalnie.Wypuścił powietrze z ust.- Ale przecież...Liz..to nie miało tak być..ja..
- Nie chcę tego słuchać, Duff...- szepnęłam, by przerwać mu. - Zakończyłeś to..sam..nic nie poradzę..a ja nie będę z kimś kto mnie oszukuje...kto nie potrafi...
- Po prostu się zagubiłem...zespół..dragi..Boże..proszę nie rób tego..ja..przepraszam...-mówił bez przerwy. Z całych sił próbowałam go nie słuchać. Próbowałam walczyć z tym co do mnie mówił. Nie wierzyć mu.
- K-kochałam..c-cię...- szepnęłam i poczułam spływające po moich policzkach łzy.
Podszedł do mnie i chciał mnie objąć, ale wyrwałam mu się szybko i odsunęłam się parę kroków.
- Liz..- jęknął.- Ale ja kocham cię teraz..
- Trzeba było myśleć o tym kiedy bzykałeś te dziewczyny...wtedy..możesz wyobrazić sobie co wtedy czułam...- powiedziałam.
Zapadła cisza. Niemiłosiernie zła cisza. Patrzyliśmy sobie w oczy nawzajem próbując chyba coś wyłapać. coś zobaczyć. Bezskutecznie.
- Chcę, żebyśmy zostali przyjaciółmi...- powiedziałam. - Nie teraz..z czasem...jeśli chcesz..
- Jeśli chcesz..- zaśmiał się ironicznie z moich słów i wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Zapalił jednego i schował je szybko z powrotem. Uniosłam brwi i spojrzałam na niego pytająco.
- Dobra..jak kurwa tak chcesz, to proszę bardzo...szukaj sobie nowego pokoju...z byłymi laskami nie dzieli się łóżka...- parsknął obrzydliwym śmiechem i wyminął mnie szybko. Poczułam tylko dym jego papierosa i zostałam sama na korytarzu. Co teraz, Liz? Co teraz zrobisz? Gdzie się podziejesz? Gdzie pójdziesz?
stałam na środku,w ciemności patrząc przed siebie. Nagle z oddalonego pokoju wyszedł Axl.
Bez słowa podszedł do mnie i w jednej chwili przytulił mnie do siebie.
- Cii..Liz..będzie dobrze..-głaskał mnie po włosach, szepcząc do ucha.
- Gdzie teraz pójdę , Axl? - mówiłam przez łzy.
- No przecież...na razie jedziesz wszędzie z nami..jesteś naszą charakteryzatorką...więc czy chcesz czy nie, musisz z nami jechać...a McKaganem się nie przejmuj...przecież zawsze możesz zamieszkać ze mną w pokoju..albo ze Slashem..Stevenem..cokolwiek...- tłumaczył mi. Próbowałam uwierzyć w jego słowa, choć nie do końca wierzyłam w to, że to wszystko się ułoży. Popatrzyłam na niego.
- No uśmiechnij się..kurwa..o jednego Duffa nie chodzi...-pocałował mnie w czoło i pozwolił bym się w niego wtuliła. - Dobra a teraz idziemy chlać..oni są w tym pokoju wszyscy?
Wyminął mnie spojrzeniem i spojrzał za mnie.
- A ten co?- wskazał głową. Podążyłam za jego spojrzeniem i popatrzyłam na śpiącego Larsa. Mimowolnie uśmiechnęłam się.
Axl pociągnął mnie w stronę drzwi i otworzył je na oścież, powodując że rozmowy ucichły.
Spojrzenia wszystkich osób skierowały się na mnie.
Weszliśmy powoli do pokoju. Wszyscy siedzieli na łóżkach i kanapach, a na stolikach nocnych stały różnego rodzaju trunki.
Mój wzrok zatrzymał się na nim. Siedział na brzegu łóżka trzymając w ręku gitarę. Patrzył się wprost na mnie. Z uśmiechem na twarzy. Mimo wszystko odwzajemniłam to, ale szybko spuściłam wzrok. Podeszliśmy kolo nich i Axl usiadł koło Slasha na przeciwko mnie a ja koło Jamesa. Nikt o nic nie pytał. Tak jakby nic się nie stało. Zaczęło się robić głośno bo wszyscy zaczęli rozmawiać. Odwróciłam głowę w jego stronę i założyłam nogę na nogę. Odłożył gitarę i przysiadł się bliżej mnie.
- I jak, mała? - spytał, patrząc na mnie czujnie z boku. Wyjęłam z jego ręki szklankę z jakimś trunkiem i wypiłam ją jednym haustem. Zaśmiał się i wyciągnął spod łóżka całą, butelkę Jim'a Beam'a. Nalał mi płynu i wziął dla siebie drugą szklankę. Wypiliśmy na raz i zaczęliśmy rozmawiać. Nie zwracając uwagi na nikogo.
- Wiesz niby mam ten dom..ale jakoś jest tam tak pusto..no wiesz, po prostu nie czuję się tam swojo..- mówił James, pokazując mi zdjęcie swojej willi.
- No rozumiem...a..z tą..twoją..- przerwałam, zdając sobie sprawę że poruszam trudny dla niego temat.
- Tak, mieszkała tam ze mną...- odpowiedział na moje pytanie, które nawet nie padło z moich ust.- Ale..to nie wyglądało jak życie..no nie wiem..rodziny...mijaliśmy się, rozumiesz?
- Jest tam pusto, bo jesteś w nim sam...a ty...no wiesz..- powiedziałam, biorąc łyka ze szklanki.
- Wiesz, Liz? Zawsze chciałem mieć taki dom...zupełnie inny niż ten w dzieciństwie. - mówił.- I..dobra..teraz sie nie smiej..chciałbym tam mieszkać z żoną..dziećmi..po to go kupiłem..
Popatrzyłam się na niego i uśmiechnęłam się, delikatnie.
Zaczęło mi się robić nie dobrze. Z całej siły próbowałam powstrzymać, to okropne uczucie ale za chiny nie mogłam.
- J-jezu..p-przepraszam..ale będę ż-żygać..- zasłoniłam sobie usta reką i wstałam, wbiegając do kibla. Ledwo co wytrzymałam, ale nachyliłam się nad muszlą i jakimś cudem wtrafiłam w otwór.
Gdy to w końcu zrobiłam, osunęłam się obok i oparłam tył głowy o ścianę. Przymknęłam oczy i otarłam twarz.
- Już ok?- spytał nagle James. Na dźwięk jego głosu otworzyłam oczy. Stał w drzwiach, oparty o ich framugę.
- T-ta..- jeknęłam cicho. Podniósł brwi i spojrzał na mnie z uśmiechem. Gdy tylko chciałam się podnieść, natychmiast poczułam bulgot w brzuchu i ponownie upadłam nad muszlą, wydając z siebie takie dźwięki jakich..no właściwie lepiej nie mówić.
- Liz..-westchnął James i poczułam, że staje nade mną. Wziął moje włosy z ramion i przytrzymał je delikatnie dłonią. Pomimo tego w jakim byłam stanie, poczułam dziwne uczucie gdy czułam jego ciepłe dłonie.
- Jebany..Jim Beam..- jęknęłam, wypluwając ślinę.
Zaśmiał się i pomógł mi wstać. Oparłam się o umywalkę i delikatnie przemyłam twarz lodowatą wodą.
- Idziesz spać..-oznajmił i odwrócił się pokazując mi palcem drzwi.
- Rozkaz..-westchnęłam ciężko i powłóczyłam nogami, wychodząc z łazienki. Wszyscy już leżeli po kątach na podłodze. Potknęłam się o nogę fotela i dyby nie James leżałabym jak długa. 
Chwycił mnie pod ramię i pomógł wyjść z pokoju. Szliśmy wzdłuż ciemnego i zimnego korytarza, obok siebie.
- Boże..jak mi nie dobrze..-wyjęczałam i oparłam dłoń o zimne czoło. Spojrzał na mnie czujnie i zatrzymał mnie, koło drzwi do mojego pokoju.
- Wiem..ale..dasz rade sama?- spytał cicho.
- Szczerze..nie..a co jak zadławię się rzygami, jak Bon Scott?- spytałam i znowu, mnie chwycił gdyż potwornie zakręciło mi się w głowie.
- Przestań..- jęknął. - Ale jak coś..to wiesz gdzie mnie szukać, prawda?
Pokiwałam głową i popatrzyłam jak odwraca się na pięcie i odchodzi. Stałam jak wmurowana, nie mogąc wydusić z siebie słowa.
- James!- gwałtownie zawołałam go. Odwrócił się w jednej sekundzie. Dzieliło nas jakieś kilka metrów, ale i tak wyraźnie widziałam jego twarz.
- Tak?- spytał.
Przełknęłam ślinę.
- Z-zostań..zostań ..z-ze mną..- wydusiłam z siebie. Na jego twarzy zagościł najcudowniejszy uśmiech jaki w życiu widziałam.
Przeszedł dzielącą nas odległość i stanął na przeciwko mnie.
- No..to..-pokazał głową za drzwi.
- E-e..gdzieś..mam klucze..-powiedziałam, słabym głosem i pomacałam dłońmi tylne kieszenie. Wyciągnęłam go i podałam mu.
- Otwórz..ja niewtrafię nawet w zamek..- oparłam się o ścianę i popatrzyłam na niego z boku. Otworzył drzwi i przepuścił mnie w nich. Weszliśmy do ciemnego pokoju, który był w takim stanie w jakim go zostawiłam. Nie czekając na jego reakcję, walnęłam się na łóżko , uderzając głową o poduszkę.
Poczułam , że siada na łóżku obok mnie i przykrywa mnie kołdrą. Coś zakuło mnie w brzuchu. Poczułam się dziwnie. Zupełnie inaczej. Odwróciłam głowę, nie odrywając jej od poduszki. Było ciemno, więc dokładnie nie widziałam jego twarzy.
- Co mam ze sobą zrobić, James?- szepnęłam.
Cały czas milczał.
- Zostałam sama...a Duff robi wszystko, by tylko mnie wypierdolić z ich życia..-mówiłam.- Już wolę nie myśleć co będzie jak wrócimy z trasy.
- McKagan nie jest chujem..na pewno..
- Czyżby?- spytałam.
- N-no..dobra..może..
- No własnie..- westchnęłam.
- No nie wiem...ale jakby coś się stało takiego..że..no wiesz...to zawsze możesz przyjść po pomoc do nas..albo..do mnie..- powiedział cicho.
Nie widział tego, ale uśmiechnęłam się pod nosem. Jest dla mnie taki miły. Taki..dobry. Nie znam go długo, a wydaje mi się że całą wieczność.
- Dziękuję..James..i wiesz..mam nadzieję..że..- zaczęłam mówić.
- Że co?- spytał, uśmiechając się.
- Że..nasz kontakt się nie urwie..-odpowiedziałam, czując zażenowanie. Nie wiem, jakoś tak poczułam że to wyznanie było dla niego ważne. Że chciał to usłyszeć z moich ust.
- Ja też mam taką nadzieję, Liz...-odpowiedział.- Ale..teraz idź spać..jak zaśniesz to sobie pójde, co?
Pokiwałam twierdząco głową i powoli zamknęłam oczy. Zapadła cisza, mącona odgłosem naszych oddechów. Powoli czułam, że odpływam w sen. Gdy nagle usłyszałam jego szept.
- Śpij dobrze, mała...
Uśmiechnęłam się i w jednej chwili zasnęłam.


***

Obudziłam się gwałtownie, słysząc głośne pukanie do drzwi. Odruchowo zerwałam się z miejsca. Pożałowałam tego, bo wstałam zbyt szybko i zrobiło mi się ciemno przed oczami. Złapałam się ściany i odczekałam parę sekund.Podeszłam do drzwi i otworzyłam je na oścież. Stał przede mną James. Uśmiechnięty i świeży. W głowie próbowałam odtworzyć sobie mój teraźniejszy wygląd, ale za chiny nie mogłam. Szybko jedną ręką odgarnęłam sobie włosy z twarzy, naciągnęłam bluzkę i uśmiechnęłam się do niego ciepło, opierając głowę o drzwi.
- Cześć...- powiedział nieśmiało, podpierając się jedną ręką o ramę.
- Cześć, James...-odpowiedziałam, słabym głosem, cały czas się uśmiechając. Patrzył na mnie niepewnie, jakby szukał w głowie słów.
- Emm...bo..śniadanie jest już na dole..w barze..-zacząl mówić.- Powoli będziemy się zbierać, bo wiesz..odwołali nam koncert..
Jeszcze szerzej się uśmiechnęłam, zdając sobie sprawę jak bardzo oboje jesteśmy zażenowani zaistniałą sytuacją.
-Nie będzie koncertu?- udawałam zdziwienie, chodź tak tak naprawdę wcale nie miałam do tego głowy. On chyba też.
- No..w sumie to będzie, ale w Denver..a potem..już do domu..- rzekł i uniósł brwi.- Wyszedłem, zaraz po tym jak zasnęłaś..
- Wiesz, nie wiem..spałam..- próbowałam jakoś rozluźnić sytuację. Nigdy w życiu nie czułam się tak nie zręcznie. Coś w tym było, nie do końca mogę opisać co.
- Obudziłem cię, Liz?- w końcu odezwał się.
Wypuściłam powietrze z ust i uśmiechnęłam się.
- Tak myślałem..-odwzajemnił go.
- Nie no..wiesz..dziękuję..sama nigdy w życiu bym się nie obudziła, a żaden z moich przyjaciół na pewno by się nie pofatygował, żeby tu przyjść i powiedzieć o tym wszystkim..i pewnie została bym tu nie wiedząc o niczym..- słowo "przyjaciół" wypowiedziałam z taką ironią, o jaką bym się nawet nie podejrzewała.
- Nie ma sprawy..- odpowiedział i znowu zapadła nie zręczna cisza. Widziałam w jego oczach, że bardzo chce zmierzyć mnie wzrokiem. No..w końcu to facet. Zaśmiałam się w myślach. Za drzwiami, podniosła rękę i spuściłam na ramię koszulkę, tak by dość sporo odsłaniała. Nie zauważył tego więc, nagle odsunęłam drzwi. Gdy zobaczył moje nagie ramię i tułów okryty cienką, prawie przejrzystą koszulkę z Rolling Stones, dosłownie na sekundę wstrzymał oddech. Boże , Liz..jesteś pojebana.
- To..kiedy wyjeżdżamy?- spytałam. Na dźwięk mojego głosu ocknął się i popatrzył w moje oczy.
- Za..jakieś dwie godziny...trzeba jeszcze ogarnąć to i owo...no i będziemy ruszać..- powiedział. Oparłam się o framugę drzwi.
- To..może ja już pójdę..co?- spytał nie pewnie. Natychmiast oprzytomniałam. Boże, Liz. Co ty odpierdalasz? Naciągnęłam szybko koszulkę z powrotem.
- Nie!-zareagowałam chyba za gwałtownie.- Znaczy...nie idź..jeszcze
Popatrzył na mnie z uśmiechem i z powrotem oparł się o drzwi.
- Może..pomożesz mi się spakować, co?- rzuciłam, z nadzieją że się zgodzi.
Nic nie mówiąc podszedł do mnie szybko. Cofnęłam się do tyłu i weszliśmy do pokoju. Objęłam ramiona dłońmi i rozejrzałam się po zasyfiałym pokoju. Usiadł na rogu łóżka i rozłożył nogi. Usiadłam koło niego.
- Papieroska?- spytał, wyciągając z kieszeni paczkę Marlboro.
- Jezu..nareszcie...-odetchnęłam głęboko i wzięłam jednego. Zapaliłam go i już po chwili w powietrzu unosił się wszechobecny dym.
- Przez to gówno, co raz częściej jest mi duszno...- powiedział, charakterystycznie mrużąc oczy, gdy zaciągnął się papierosem.
- Mi też...z resztą..James i tak wszyscy umrzemy..a czy zaćpamy się na śmierć czu umrzemy na raka płuc..bez różnicy..-wzruszyłam ramionami, patrząc się w jeden punkt. Poczułam , że patrzy na mnie z boku. Długo milczeliśmy. 
- Liz?
- Hmm?
- Kochasz go, prawda?- spytał. Przytknęłam palce do oczu, dotykając spojówek które od dymu bardzo mnie szczypały.
-Trudno jest...przestać kogoś kochać..tak z dnia na dzień...- zaczęłam mówić. - Potrzebuję czasu, muszę o nim zapomnieć..o nim i o tym wszystkim co nas łączy..włączając do tego całe Guns N Roses...
Zapadła głęboka cisza,przerywana odgłosami naszych oddechów. Pod moimi oczami zaczęły zbierać się łzy, więc zamrugałam parokrotnie.
- Liz...przechodziłem dokładnie przez to samo..- szepnął. - Pomogę ci..bo ja też potrzebowałem pomocy...i ty mi tą pomoc dałaś..
- Ja?- zdziwiłam się.
- Dzięki tobie..po prostu zapomniałem o niej...przez kilkanaście godzin spędzonych z tobą...oderwałem od niej myśli i znalazłem się w innym świecie..dlatego właśnie cię rozumiem, Lizzy...i chyba tylko ja...- powiedział. Popatrzyłam na niego z boku, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Nagle moje myśli zmącił łomot, otwieranych drzwi, które z impetem uderzyły o ścianę. Do pokoju wszedł Duff. Obejmując w talii zupełnie pijaną blondynkę, która chichotała pod nosem, ledwo co stojąc na nogach. Gdy tylko nas zobaczył, zatrzymał się gwałtownie.
- Przyszedłem...się..spakować..-rzucił tylko i podszedł do szafy, wkładając ubrania do torby.I ja i James wpatrywaliśmy się w nich bez słów.
- N-no..tak a po co miałbyś przychodzić...- powiedziałam cicho, strzepując popiół z papierosa.
- Co?- warknął pogardliwie. Starałam się na niego nie patrzeć. Jedną rękę włożyłam pod ramię, by powstrzymać jej drganie, a w drugiej trzymałam papierosa.
- Nic..-odpowiedziałam. Znowu zajął się pakowaniem. Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że pakuje do torby moją koszulkę z Misfits. Zerwałam się z miejsca.
- Zostaw..to..to moje..-warknęłam, wyrywając mu ją z ręki. Cała się trzęsłam. Podniósł się powoli. Stanął tak blisko mnie, że prawie stykaliśmy się ciałami. Moja głowa była na wysokości jego klatki piersiowej, więc zamknęłam oczy, próbując na niego nie patrzeć.
- Wsadź sobie w dupę..tą koszulkę..- powiedział. Wzdrygnęłam się i mocniej zacisnęłam powieki. Odsunął się ode mnie i rzucił ją na podłogę. Schylił się po torbę i gdy ją podniósł, ja otworzyłam oczy. Zderzyłam się z jego spojrzeniem. Obrzydliwie zmierzył mnie wzrokiem. Od stóp do głów. Ruszył z miejsca i gdy mnie mijał, znowu zamknęłam oczy.
- Cycki ci widać...-warknął. Dziewczyna parsknęła śmiechem. On pociągnął ją za rękę i wyszli z pokoju z hukiem zamykając drzwi. Nastała grobowa cisza. Wypuściłam papierosa z palców, tak że potoczył się po podłodze.Objęłam twarz dłońmi i wybuchnęłam płaczem. Poczułam silne ramiona, obejmujące mnie. Przyciskał mnie do siebie mocno. Wtuliłam twarz w jego koszulkę, cały czas łkając. Nic nie mówił. Po prostu był.
- Widzisz?Widzisz co się z nim stało?- mówiłam, próbując opanować płacz. Czułam bijące od niego ciepło. Którego tak potrzebowałam. Zwykłe ciepło. Od człowieka któremu ufałam.
- Nie płacz...Lizzy..koch...kochanie..-ostatnie słowo wypowiedział szeptem, czule gładząc mnie po plecach.
- Nie mam siły...już dłużej tak nie wytrzymam...
- Wytrzymasz, jak tylko wrócisz...po prostu..urwij z nimi kontakt..na jakiś czas...wróć do swojego mieszkania...i spróbuj zapomnieć..a jeśli uznasz, że jesteś już gotowa odezwij się do nich..
- Ale..ale ja się boję, że jeśli urwę z nimi kontakt już nigdy więcej go nie odzyskam..- powiedziałam i oderwałam się od niego. Otarł kciukiem łzy z moich policzków i uśmiechnął się do mnie.
- Wszystko będzie dobrze..- próbowałam uwierzyć w jego słowa, z całego serca. W końcu uśmiechnęłam się do niego.
- No widzisz?Teraz już nie płacz i chodź na dół...zjesz coś, huh?
Pokiwałam twierdząco głową i włożyłam kosmyk włosów za ucho.
- T-to..poczekasz chwilę? Ubiorę się..i umyję...- spytałam.
- No pewnie...- powiedział i znowu się uśmiechnął.Podeszłam do szafy i wyciągnęłam ubrania, po czym poszłam sie wykąpać. Wyszłam z łazienki i stanęłam przed nim.
- Możemy iść?- spytał.
- Mozemy...- odpowiedziałam i wyszliśmy z pokoju.

***


- Liz...bo..ee..jest taka sprawa...-jąkał się Slash, próbując mi coś powiedzieć. Na śniadaniu też zachowywali się dziwnie. 
- No co?- spytałam, patrząc na niego pytająco.
- Bo..zmieniły się plany..i..niestety..podzieliliśmy się..na autokary..no i my jedziemy w jednym, metallica w drugim..no i techniczni..jadą w trzecim..i..- już wiedziałam o co chodzi. Cofnęłam się o krok, nadal na niego patrząc.
- Czyli mam iść do tego trzeciego autokaru, tak?- próbowałam przełknąć ślinę.
- To nie jest mój pomysł...ich menadżer tak zarządził..i..jakby..
- Menadżer? A nie Duff?- spytałam ironicznie.
Popatrzył na mnie nie pewnie.
- Dobra..jeśli tak musi być to ja się dostosuje, jestem waszą charakteryzatorką..więc..- powiedziałam i odwróciłam się na pięcie, wchodząc z powrotem do swojego pokoju. Chciał coś powiedzieć, ale zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem. Ostatni raz podeszłam do swoich walizek, zapięłam je i wyszłam z pokoju, udając się na parking. Wszędzie szukałam Jamesa, ale nigdzie go nie było. Pewnie na głowie ma ważniejsze sprawy niż, przejmowanie się mną. Gdy wsiadałam do autokaru, usiadłam na kanapie i oparłam się głową o szybę myśląc o tym jak mnie potraktowali. W sumie do przewidzenia było to, że Duff to zrobi. No przecież gdzie on? Ze swoją byłą laską? W jednym pomieszczeniu? Może to i dobrze..przecież jak bym się czuła siedząc obok niego..patrząc na niego..Nagle z hotelu wyszli członkowie Metallici. Nieźle wkurwieni. Na początku szedł James. Nie mógł mnie zobaczyć, bo szyby były przyciemniane. Zaraz potem szedł Newsted, który przykładał sobie do głowy lód. Potem Lars z Kirkiem, którzy także mieli grobowe miny.
Weszli do autokaru który stał przed nami. Po chwili autokary ruszyły, czyli Gunsi siedzą już w swoim. Patrzyłam przez okno, na ulice Nowego Jorku co raz bardziej zdając sobie sprawę z tego że skończył się w moim życiu pewien rozdział. A zaczął nowy.




____________________________________

Wybaczcie błędy jesli się pojawią :*
Dziękuję wszystkim którzy czytają tego bloga nie wiem co bym bez was zrobiła :*
~xoxo